{"id":"informator-maturalny-jezyk-polski-2025-poziom-podstawowy/zad/47","paper_id":"informator-maturalny-jezyk-polski-2025-poziom-podstawowy","number":"47","points":2,"ptype":"open","subject":"egzamin-maturalny","category":"informator-maturalny","year":2025,"month":null,"level":null,"text":"Zadanie 47. (0-2)\nZapoznaj się z poniższym fragmentem tekstu.\nOlga Tokarczuk\nProfesor Andrews w Warszawie\nNastępnego dnia, gdy upewnił się, że telefon wciąż nie działa, znalazł czynny mały\nsklep na swoim osiedlu. […] Gdy wychodził, przywieźli właśnie chleb i sklep zapełnił się\nw ciągu kilku minut. Ustawił się w ogonku i sprzedawczyni bez pytania podała mu\nbochenek; zapłacił i odszedł. Widocznie jednak ciągnęło go do ludzi, pociągał go ciepły\ntłum ustawiony w długie kolejkowe wężyki, bo nie chciało mu się wracać od razu do ciasnej\ni pustej kawalerki. Zatrzymał się przy blaszanych stołach ustawionych wprost na chodniku,\nprzed którymi ludzie posłusznie stali w ogonku. Patrzył na ich twarze, szukał wśród nich\nGoshy, może gdzieś tu była. Ludzie milczeli złowrogo. Byli poważni, spięci, jakby\nniewyspani.\nPrzytupywali. Najbardziej ponury naród świata. A mimo to przystanął koło nich. Nie, nie\ndlatego, że ich potrzebował, ale dlatego, że płynęło od nich zwyczajne ludzkie ciepło.\nMroźne powietrze topniało od ich oddechów. Patrzył na opatulone sprzedawczynie, które\nodławiały z wielkich beczek dorodne szare karpie. […] Ucho profesora Andrewsa złapało\nmelodię tej kantyczki i teraz śpiewało mu w głowie: „Żywą czy na miejscu?”. Profesor mógł\nsię tylko domyślać znaczenia. […]\nPrzeszedł go dreszcz. Miał wrażenie, że bierze udział w religijnym rytuale. Zabijanie\nryby. „Żywą czy na miejscu?”, te powtarzane słowa hipnotyzowały go. Zapragnął nagle\nwłączyć się w tę okrutną powtarzalność i odejść z martwą rybą w siatce, jak wszyscy.\nBezwiednie stanął w ogonku, ale gdy zobaczył mały, czteroosobowy oddział żołnierzy\nz psem, otrzeźwiał. Zawstydził się nawet. Ludzie w milczeniu odwrócili wzrok od żołnierzy.\nPatrzyli teraz na własne stopy albo gdzieś w powietrze. Profesor z rozpaczą pomyślał\no swoim londyńskim gabinecie, o książkach i cieple elektrycznego kominka.\nOlga Tokarczuk, Profesor Andrews w Warszawie, [w:] tejże, Gra na wielu bębenkach, Kraków 2007.","answer":null,"answer_text":null,"solution":null,"image":"img/informator-maturalny-jezyk-polski-2025-poziom-podstawowy/zad-47.webp","solution_image":null,"topics":null,"page_from":197,"source":"ocr","answer_source":null,"answer_text_source":null,"solution_source":null,"text_source":"ocr","source_label":"Egzamin maturalny · Informator maturalny · 2025","subject_label":"egzamin-maturalny","category_label":"Informator maturalny","text_html":"<p>Zadanie 47. (0-2)<br>Zapoznaj się z poniższym fragmentem tekstu.<br>Olga Tokarczuk<br>Profesor Andrews w Warszawie<br>Następnego dnia, gdy upewnił się, że telefon wciąż nie działa, znalazł czynny mały<br>sklep na swoim osiedlu. […] Gdy wychodził, przywieźli właśnie chleb i sklep zapełnił się<br>w ciągu kilku minut. Ustawił się w ogonku i sprzedawczyni bez pytania podała mu<br>bochenek; zapłacił i odszedł. Widocznie jednak ciągnęło go do ludzi, pociągał go ciepły<br>tłum ustawiony w długie kolejkowe wężyki, bo nie chciało mu się wracać od razu do ciasnej<br>i pustej kawalerki. Zatrzymał się przy blaszanych stołach ustawionych wprost na chodniku,<br>przed którymi ludzie posłusznie stali w ogonku. Patrzył na ich twarze, szukał wśród nich<br>Goshy, może gdzieś tu była. Ludzie milczeli złowrogo. Byli poważni, spięci, jakby<br>niewyspani.<br>Przytupywali. Najbardziej ponury naród świata. A mimo to przystanął koło nich. Nie, nie<br>dlatego, że ich potrzebował, ale dlatego, że płynęło od nich zwyczajne ludzkie ciepło.<br>Mroźne powietrze topniało od ich oddechów. Patrzył na opatulone sprzedawczynie, które<br>odławiały z wielkich beczek dorodne szare karpie. […] Ucho profesora Andrewsa złapało<br>melodię tej kantyczki i teraz śpiewało mu w głowie: „Żywą czy na miejscu?”. Profesor mógł<br>się tylko domyślać znaczenia. […]<br>Przeszedł go dreszcz. Miał wrażenie, że bierze udział w religijnym rytuale. Zabijanie<br>ryby. „Żywą czy na miejscu?”, te powtarzane słowa hipnotyzowały go. Zapragnął nagle<br>włączyć się w tę okrutną powtarzalność i odejść z martwą rybą w siatce, jak wszyscy.<br>Bezwiednie stanął w ogonku, ale gdy zobaczył mały, czteroosobowy oddział żołnierzy<br>z psem, otrzeźwiał. Zawstydził się nawet. Ludzie w milczeniu odwrócili wzrok od żołnierzy.<br>Patrzyli teraz na własne stopy albo gdzieś w powietrze. Profesor z rozpaczą pomyślał<br>o swoim londyńskim gabinecie, o książkach i cieple elektrycznego kominka.<br>Olga Tokarczuk, Profesor Andrews w Warszawie, [w:] tejże, Gra na wielu bębenkach, Kraków 2007.</p>","solutions":[]}