{"id":"jezyk-polski-2002-maj-matura-rozszerzona/zad/Temat 1","paper_id":"jezyk-polski-2002-maj-matura-rozszerzona","number":"Temat 1","points":null,"ptype":"open","subject":"jezyk-polski","category":"matura","year":2002,"month":"maj","level":"rozszerzona","text":"Temat 1. Różne literackie wersje mitu o Narcyzie.\nOwidiusz Metamorfozy (fragm. Baśń o Narcyzie), Maria Pawlikowska - Jasnorzewska Narcyz\n- analiza i interpretacja porównawcza.\nOwidiusz Metamorfozy - fragm. Baśń o Narcyzie\nTu właśnie przyszedł ów chłopiec,\nznużony łowami, znęcony urokiem tego ustronia.\nA gdy uklęknął nad źródłem, aby ugasić pragnienie -\ninne pragnienie nagle zbudziło się w sercu. Tak piękna\nbyła ta postać w wodzie przejrzystej odbita! Już kocha\ntę wizję bez ciała - i myśli, że ciałem jest to, co jest wodą.\nSam przypatruje się sobie, nieruchomy jak posąg marmuru.\nLeżąc na ziemi, dostrzega oczy swe, gwiazdę dwoistą,\ni włosy godne Bachusa, godne i Apollina,\ni lica młodzieńcze, i szyję białą jak kość słoniowa,\ni usta piękne, i z bielą lic pomieszany rumieniec.\nPodziwia piękności, dla których sam jest godny podziwu;\nsiebie samego, niebaczny, pożąda tęsknie - i płonie\nmiłością, którą rozniecił on sam. Ach, ileż razy\ndo zdradzieckiego zdroju wargi żarliwe przybliżał,\nileż razy - by szyję uściskiem ogarnąć - zanurzył\nramiona w wodzie srebrzystej - tylko pustkę wydobył!\nNie wie, czym jest owa postać - lecz kocha piękność nieznaną.\nObraz łudzący oczy - urokiem oczy napełnia.[ ]\nO, nie! Ani troska o pokarm, ani snu miękkiego pragnienie\njuż nigdy nim nie zawładnie. Wciąż leży w trawie cienistej\ni wzrokiem nienasyconym w kłamliwą się piękność wpatruje,\nginąc przez złudę swych oczu. Niekiedy głowę unosi,\ndo lasów stojących wokół wyciąga ręce - i woła:\n„O lasy, czy ktoś kiedykolwiek kochał okrutniej ode mnie?\nWy już wielu kochanków osłaniałyście swym cieniem.\nTyle już wieków płynęło nad wami! Czy pamiętacie -\nw swoim istnieniu odwiecznym - kogoś, co tak jak ja\nkochał i cierpiał w miłości? Dostrzegam postać kochaną,\nlecz jej odnaleźć nie mogę. Tak obłędne jest pożądanie.\nA to z wszystkiego najgorsze: że nie dzieli nas morze ogromne\nani drogi dalekie, ni góry, ani bramy o silnych wrzeciądzachą.\nTylko tafla wody przejrzysta [ ]\nI znów się wpatrywał, obłędny,\ni łzy, z jego oczu płynące, zmąciły wodę przejrzystą.\nGdy ujrzał, jak się rozchwiewa postać kochana: „Dokąd -\nwołał - uciekasz? Pozostań tu ze mną, okrutny! Nie rzucaj\nswego kochanka. Jeżeli dotknąć ciebie nie mogę,\nniechże mi będzie wolno przynajmniej patrzeć - i cierpieć!”\n(przełożył Zygmunt Kubiak)\n(za: K. Mrowcewicz, Starożytność - oświecenie, Warszawa 1998)\nMaria Pawlikowska-Jasnorzewska Narcyz (z tomu Pocałunki)\nNad sadzawką oprawną w modre rozmaryny\nklęczałem, zapatrzony w moją twarz młodzieńczą,\nby się w niej doszukać przyczyny,\nczemu mnie nie kochają i za co mnie męczą?\n(1926)\n1 wrzeciądzach - prętach, służących do zamykania drzwi\n2\nArkusz III\nTemat 2. Dwie lekcje łaciny. Porównaj sposoby ich przedstawienia we fragmentach\nFerdydurke Witolda Gombrowicza i Lekcji łaciny Zbigniewa Herberta.\nWitold Gombrowicz Ferdydurke\n[ ] do klasy wkroczył człowieczek z bródką i siadł na katedrze.[ ] staruszek nadzwyczaj\nprzyjazny, siwy gołąbek z małą purchawką na nosie. Śmiertelna cisza zaległa, gdy otworzył dziennik\n- rzucił rozjaśnionym okiem ku górze listy i wszyscy, co na A, zadrżeli - rzucił okiem na dół\ni wszyscy na Z zamarli ze strachu. Gdyż nikt nic nie umiał [ ]. Atoli staruszek, nie domyślając się\nstrachu, jaki wzbudzał, pogodnie błądził spojrzeniem po paciorku nazwisk, wahał się, zastanawiał\ni droczył się z sobą, aż w końcu wyrzekł ufnie:\n- Mydlakowski.\nLecz wprędce okazało się, że Mydlakowski nie zdolen jest przetłumaczyć zadanego na dzisiaj\nCezara, a co gorzej, nie wie, iż animis oblatis to ablativus absolutusą.\n- O, panie Mydlakowski, pan nie wie, co znaczy animis oblatis i jaka to forma?\nI postawił mu kica, okropnie zmartwiony, następnie zaś rozpromienił się [ ] i znowu\nw przypływie wzmożonej ufności wyzywał, oczekując za każdym razem, że wyróżniony godnie\nodpowie na wyzwanie. Nikt nie odpowiadał. [ ]\n- Co, panie Bobkowski! Pan z powodów od siebie niezależnych nie mógł przygotować lekcji? Co -\ni odczuwa pan konieczność natychmiastowego udania się do ubikacji? I po cóż to? Zaraz przedstawię\npanu słynny passus z księgi piątej, gdzie wojsko Cezara, zjadłszy nieświeżą marchew, uległo temuż\nprzeznaczeniu. Całe wojsko, Bobkowski! Te księgi są życiem, panowie, są życiem! [ ]\nNauczyciel uroił sobie nowy problem - jak będzie passivum futurum conditionalis2 od czasownika\nzwrotnego colleo.\n- Niesłychanie ciekawa rzecz! - zawołał. - No, panowie! Problemat pełen finezji! No, no, no\npanowie - panowie znikali w przestrachu - No, no? Collan collan\nNikt się nie odezwał. Staruszek, jeszcze nie tracąc nadziei, powtarzał swoje: „no, no”, zachęcał\ndo odpowiedzi [ ] Naraz ujrzał, że nikt nie chce Przygasł i rzekł głucho:\n- Collandus sim! Collandus sim! - powtórzył zgnębiony i upokorzony powszechnym milczeniem\ni dodał: - Jakże to, panowie? Czyżbyście naprawdę nie doceniali! Czyż nie widzicie, że collandus sim\nkształci inteligencję, rozwija intelekt, wyrabia charakter, doskonali wszechstronnie i brata z myślą\nstarożytną? [ ] Us, us, us, panowie, cóż to za czynnik rozwoju!\nWówczas zerwał się Gałkiewicz i zajęczał.\n- Tra, la, la, mama, ciocia! Jak to rozwija, kiedy nie rozwija? Jak to doskonali, gdy nie doskonali?\nJak to wyrabia, kiedy nie wyrabia? O Boże, Boże - Boże!\nNAUCZYCIEL\nCo, panie Gałkiewicz? Us nie doskonali? Powiada pan, że ta końcówka nie wzbogaca?\nGAŁKIEWICZ\nTen ogonek nie wzbogaca mnie! Ten ogonek mnie nie doskonali! Wcale! Tra, la, la. O Boże! Mama!\nNAUCZYCIEL\nJak to nie wzbogaca? Jeżeli ja mówię, że wzbogaca, to wzbogaca! Niech Gałkiewicz zaufa mi.\nChryste Panie, wszak przerobiliśmy siedemdziesiąt trzy wiersze z Cezara. Czyż te siedemdziesiąt trzy\nwiersze nie objawiły Gałkiewiczowi mistycznie wszystkich bogactw antycznego świata?\nCzyż nie nauczyły stylu, jasności myślenia, precyzji wysłowienia?\nGAŁKIEWICZ\nNiczego! Niczego! Ja tylko sztyka się boję. Ja tylko sztyka się boję! O, nie mogę, nie mogę!\nZagrażać jęła powszechna niemożność.\n(1937)\n(Witold Gombrowicz, Ferdydurke, Warszawa 1988)\n1 Ablativus absolutus -forma gramatyczna w języku łacińskim\n2 passivum futurum - j.w.\n3\nArkusz III\nZbigniew Herbert Lekcja łaciny\n[ ] Pamiętam dobrze ten dzień, kiedy po raz pierwszy wszedł, a właściwie wkroczył do naszej\nklasy. Staliśmy przed ławkami, a on przechadzał się między rzędami, patrzył na nas badawczo,\nlustrował nas jak dowódca swój oddział. Kazał siadać. Powiedział, że nie będzie zachęcał do nauki,\nliczy na nasz rozsądek i poczucie odpowiedzialności, bo w końcu młodzieńcy rzymscy w naszym\nwieku przywdziewali togę męską i gotowali się do rządzenia największym imperium świata. [ ]\nBył dla nas uosobieniem męskości, a także tego, co rzymskie, i łatwo wyobrażaliśmy go sobie\nw todze obramowanej purpurą lub na czele legionów. Uśmiechał się rzadko, a jeśli już, to\nsardonicznie, natomiast skala jego gniewu była nieporównana w swoim bogactwie i odcieniach - od\nironicznego syku, przez retoryczną tyradę o powinnościach młodzieńców, aż do padającego jak\njowiszowy grom: siadaj, durniu! Znosiliśmy te ciosy z pokorą, wiedząc dobrze, że qui bene amat,\nbene castigatą.\nPierwsze lekcje były dziecięco łatwe. Bez większego trudu przebrnęliśmy przez pięć\ndeklinacji.[ ] Koniugacje stanowiły już problem daleko trudniejszy, więc wieszaliśmy nad naszymi\nłóżkami arkusze papieru, na nich czerwonym ołówkiem wypisane były jak magiczne zaklęcia\nkońcówki: -o, -as, -at, -amus, -atis, -ant i ukołysani tym jak dzwonkami płynęliśmy w nasze\nniespokojne sny szkolne.[ ]\nAż wreszcie doszliśmy do najwyższego stopnia wtajemniczenia - do składni - i tu zaczął się las,\nmatecznik i zgrzytanie zębów. To już nie były banalne zdanka, wymyślone przez poczciwych\npedagogów, aby oswoić nas z mową naszych kulturalnych praojców, lecz wspaniałe jak portyki,\ndługie jak bezsenne noce okresy klasycznych mówców i filozofów.[ ]\nKto tłumaczył zbyt potocznie, ale nie umiał objaśnić konstrukcji gramatycznej, demaskował się,\nże korzysta z pracy cudzej i z kandydata na obywatela Rzymu spadał nieuchronnie w szeregi\nniewolników.[ ]\nByło to ćwiczenie umysłu, a także zaprawa charakteru, gdyż zmagaliśmy się z rzeczami\ntrudnymi.[ ]\nWięc uczyliśmy się łaciny. Jak? W męce. Panował w klasie dryl niemal wojskowy, a dwóje sypały\nsię gęsto. Kiedy atmosfera stawała się nie do zniesienia, nasz profesor podrywał nas z ławek\ni pozwalał na całe gardło ryczeć (byle po łacinie), najczęściej: „Ave, Caesar, morituri te salutant2”,\nwięc krzyczeliśmy i jednocząc się w tym krzyku, pokonywaliśmy strach i słabość ducha.[ ]\nZ czasem lekcje składały się nie tylko ze żmudnych tłumaczeń, szlifowania gramatyki, ale część\nich była poświęcona kulturze i cywilizacji antycznej. [ ] poznawaliśmy życie codzienne w stolicy\nimperium, uzbrojenie legionisty, rytuał Saturnaliów.\nOczywiście, był to Rzym wyidealizowany, Rzym cnót obywatelskich, surowego męstwa. [ ]\nWiedzieliśmy o doli niewolników, okrutnych prześladowaniach chrześcijan, szaleństwach Kaliguli,\nale nad tymi mrokami świeciła mocno gwiazda rozumu.\nNie wiem, kiedy to się stało (a chyba na pewno nie wydarzyło się nagle), że łacina zaczęła nas\nwciągać i fascynować. Naprzód, jeśli dobrze pamiętam, sam jej dźwięk poważny, spiżowy,\na jednocześnie jasny. Najprostsze zdania miały linię, mocno zarysowany kontur, jakby wykute były\nw kamieniu.[ ]\nPracowaliśmy w pocie czoła. Zbliżała się pora owocobrania: w następnym roku mieliśmy przejść\ndo poezji Katullusa i Horacego. Ale wtedy wkroczyli barbarzyńcy.\n(1973)\n(Zbigniew Herbert, Lekcja łaciny, w: Labirynt nad morzem, Warszawa 2000)\n1 qui bene amat, bene castigat (łac.) - kto (dobrze) bardzo kocha, ten karci życzliwie.\n2 Ave, Caesar, morituri te salutant (łac.) - Witaj, Cezarze, mający umrzeć pozdrawiają cię. - słowa, którymi\ngladiatorzy rzymscy pozdrawiali Cezara, wkraczając na arenę.\n4\nArkusz III\n5\nArkusz III\n6\nArkusz III\nciąg dalszy na ostatniej stronie\n7\nArkusz III\nBRUDNOPIS\n8\nArkusz III","answer":null,"answer_text":null,"solution":null,"image":"img/jezyk-polski-2002-maj-matura-rozszerzona/zad-Temat_1.webp","solution_image":null,"topics":null,"page_from":2,"source":"ocr","answer_source":null,"answer_text_source":null,"solution_source":null,"text_source":"ocr","source_label":"Język polski · Matura · maj 2002 (rozszerzona)","subject_label":"Język polski","category_label":"Matura","text_html":"<p>Temat 1. Różne literackie wersje mitu o Narcyzie.<br>Owidiusz Metamorfozy (fragm. Baśń o Narcyzie), Maria Pawlikowska - Jasnorzewska Narcyz</p>\n<ul><li>analiza i interpretacja porównawcza.</li></ul>\n<p>Owidiusz Metamorfozy - fragm. Baśń o Narcyzie<br>Tu właśnie przyszedł ów chłopiec,<br>znużony łowami, znęcony urokiem tego ustronia.<br>A gdy uklęknął nad źródłem, aby ugasić pragnienie -<br>inne pragnienie nagle zbudziło się w sercu. Tak piękna<br>była ta postać w wodzie przejrzystej odbita! Już kocha<br>tę wizję bez ciała - i myśli, że ciałem jest to, co jest wodą.<br>Sam przypatruje się sobie, nieruchomy jak posąg marmuru.<br>Leżąc na ziemi, dostrzega oczy swe, gwiazdę dwoistą,<br>i włosy godne Bachusa, godne i Apollina,<br>i lica młodzieńcze, i szyję białą jak kość słoniowa,<br>i usta piękne, i z bielą lic pomieszany rumieniec.<br>Podziwia piękności, dla których sam jest godny podziwu;<br>siebie samego, niebaczny, pożąda tęsknie - i płonie<br>miłością, którą rozniecił on sam. Ach, ileż razy<br>do zdradzieckiego zdroju wargi żarliwe przybliżał,<br>ileż razy - by szyję uściskiem ogarnąć - zanurzył<br>ramiona w wodzie srebrzystej - tylko pustkę wydobył!<br>Nie wie, czym jest owa postać - lecz kocha piękność nieznaną.<br>Obraz łudzący oczy - urokiem oczy napełnia.[ ]<br>O, nie! Ani troska o pokarm, ani snu miękkiego pragnienie<br>już nigdy nim nie zawładnie. Wciąż leży w trawie cienistej<br>i wzrokiem nienasyconym w kłamliwą się piękność wpatruje,<br>ginąc przez złudę swych oczu. Niekiedy głowę unosi,<br>do lasów stojących wokół wyciąga ręce - i woła:<br>„O lasy, czy ktoś kiedykolwiek kochał okrutniej ode mnie?<br>Wy już wielu kochanków osłaniałyście swym cieniem.<br>Tyle już wieków płynęło nad wami! Czy pamiętacie -<br>w swoim istnieniu odwiecznym - kogoś, co tak jak ja<br>kochał i cierpiał w miłości? Dostrzegam postać kochaną,<br>lecz jej odnaleźć nie mogę. Tak obłędne jest pożądanie.<br>A to z wszystkiego najgorsze: że nie dzieli nas morze ogromne<br>ani drogi dalekie, ni góry, ani bramy o silnych wrzeciądzachą.<br>Tylko tafla wody przejrzysta [ ]<br>I znów się wpatrywał, obłędny,<br>i łzy, z jego oczu płynące, zmąciły wodę przejrzystą.<br>Gdy ujrzał, jak się rozchwiewa postać kochana: „Dokąd -<br>wołał - uciekasz? Pozostań tu ze mną, okrutny! Nie rzucaj<br>swego kochanka. Jeżeli dotknąć ciebie nie mogę,<br>niechże mi będzie wolno przynajmniej patrzeć - i cierpieć!”<br>(przełożył Zygmunt Kubiak)<br>(za: K. Mrowcewicz, Starożytność - oświecenie, Warszawa 1998)<br>Maria Pawlikowska-Jasnorzewska Narcyz (z tomu Pocałunki)<br>Nad sadzawką oprawną w modre rozmaryny<br>klęczałem, zapatrzony w moją twarz młodzieńczą,<br>by się w niej doszukać przyczyny,<br>czemu mnie nie kochają i za co mnie męczą?<br>(1926)<br>1 wrzeciądzach - prętach, służących do zamykania drzwi<br>2<br>Arkusz III<br>Temat 2. Dwie lekcje łaciny. Porównaj sposoby ich przedstawienia we fragmentach<br>Ferdydurke Witolda Gombrowicza i Lekcji łaciny Zbigniewa Herberta.<br>Witold Gombrowicz Ferdydurke<br>[ ] do klasy wkroczył człowieczek z bródką i siadł na katedrze.[ ] staruszek nadzwyczaj<br>przyjazny, siwy gołąbek z małą purchawką na nosie. Śmiertelna cisza zaległa, gdy otworzył dziennik</p>\n<ul><li>rzucił rozjaśnionym okiem ku górze listy i wszyscy, co na A, zadrżeli - rzucił okiem na dół</li></ul>\n<p>i wszyscy na Z zamarli ze strachu. Gdyż nikt nic nie umiał [ ]. Atoli staruszek, nie domyślając się<br>strachu, jaki wzbudzał, pogodnie błądził spojrzeniem po paciorku nazwisk, wahał się, zastanawiał<br>i droczył się z sobą, aż w końcu wyrzekł ufnie:</p>\n<ul><li>Mydlakowski.</li></ul>\n<p>Lecz wprędce okazało się, że Mydlakowski nie zdolen jest przetłumaczyć zadanego na dzisiaj<br>Cezara, a co gorzej, nie wie, iż animis oblatis to ablativus absolutusą.</p>\n<ul><li>O, panie Mydlakowski, pan nie wie, co znaczy animis oblatis i jaka to forma?</li></ul>\n<p>I postawił mu kica, okropnie zmartwiony, następnie zaś rozpromienił się [ ] i znowu<br>w przypływie wzmożonej ufności wyzywał, oczekując za każdym razem, że wyróżniony godnie<br>odpowie na wyzwanie. Nikt nie odpowiadał. [ ]</p>\n<ul><li>Co, panie Bobkowski! Pan z powodów od siebie niezależnych nie mógł przygotować lekcji? Co -</li></ul>\n<p>i odczuwa pan konieczność natychmiastowego udania się do ubikacji? I po cóż to? Zaraz przedstawię<br>panu słynny passus z księgi piątej, gdzie wojsko Cezara, zjadłszy nieświeżą marchew, uległo temuż<br>przeznaczeniu. Całe wojsko, Bobkowski! Te księgi są życiem, panowie, są życiem! [ ]<br>Nauczyciel uroił sobie nowy problem - jak będzie passivum futurum conditionalis2 od czasownika<br>zwrotnego colleo.</p>\n<ul><li>Niesłychanie ciekawa rzecz! - zawołał. - No, panowie! Problemat pełen finezji! No, no, no</li></ul>\n<p>panowie - panowie znikali w przestrachu - No, no? Collan collan<br>Nikt się nie odezwał. Staruszek, jeszcze nie tracąc nadziei, powtarzał swoje: „no, no”, zachęcał<br>do odpowiedzi [ ] Naraz ujrzał, że nikt nie chce Przygasł i rzekł głucho:</p>\n<ul><li>Collandus sim! Collandus sim! - powtórzył zgnębiony i upokorzony powszechnym milczeniem</li></ul>\n<p>i dodał: - Jakże to, panowie? Czyżbyście naprawdę nie doceniali! Czyż nie widzicie, że collandus sim<br>kształci inteligencję, rozwija intelekt, wyrabia charakter, doskonali wszechstronnie i brata z myślą<br>starożytną? [ ] Us, us, us, panowie, cóż to za czynnik rozwoju!<br>Wówczas zerwał się Gałkiewicz i zajęczał.</p>\n<ul><li>Tra, la, la, mama, ciocia! Jak to rozwija, kiedy nie rozwija? Jak to doskonali, gdy nie doskonali?</li></ul>\n<p>Jak to wyrabia, kiedy nie wyrabia? O Boże, Boże - Boże!<br>NAUCZYCIEL<br>Co, panie Gałkiewicz? Us nie doskonali? Powiada pan, że ta końcówka nie wzbogaca?<br>GAŁKIEWICZ<br>Ten ogonek nie wzbogaca mnie! Ten ogonek mnie nie doskonali! Wcale! Tra, la, la. O Boże! Mama!<br>NAUCZYCIEL<br>Jak to nie wzbogaca? Jeżeli ja mówię, że wzbogaca, to wzbogaca! Niech Gałkiewicz zaufa mi.<br>Chryste Panie, wszak przerobiliśmy siedemdziesiąt trzy wiersze z Cezara. Czyż te siedemdziesiąt trzy<br>wiersze nie objawiły Gałkiewiczowi mistycznie wszystkich bogactw antycznego świata?<br>Czyż nie nauczyły stylu, jasności myślenia, precyzji wysłowienia?<br>GAŁKIEWICZ<br>Niczego! Niczego! Ja tylko sztyka się boję. Ja tylko sztyka się boję! O, nie mogę, nie mogę!<br>Zagrażać jęła powszechna niemożność.<br>(1937)<br>(Witold Gombrowicz, Ferdydurke, Warszawa 1988)<br>1 Ablativus absolutus -forma gramatyczna w języku łacińskim<br>2 passivum futurum - j.w.<br>3<br>Arkusz III<br>Zbigniew Herbert Lekcja łaciny<br>[ ] Pamiętam dobrze ten dzień, kiedy po raz pierwszy wszedł, a właściwie wkroczył do naszej<br>klasy. Staliśmy przed ławkami, a on przechadzał się między rzędami, patrzył na nas badawczo,<br>lustrował nas jak dowódca swój oddział. Kazał siadać. Powiedział, że nie będzie zachęcał do nauki,<br>liczy na nasz rozsądek i poczucie odpowiedzialności, bo w końcu młodzieńcy rzymscy w naszym<br>wieku przywdziewali togę męską i gotowali się do rządzenia największym imperium świata. [ ]<br>Był dla nas uosobieniem męskości, a także tego, co rzymskie, i łatwo wyobrażaliśmy go sobie<br>w todze obramowanej purpurą lub na czele legionów. Uśmiechał się rzadko, a jeśli już, to<br>sardonicznie, natomiast skala jego gniewu była nieporównana w swoim bogactwie i odcieniach - od<br>ironicznego syku, przez retoryczną tyradę o powinnościach młodzieńców, aż do padającego jak<br>jowiszowy grom: siadaj, durniu! Znosiliśmy te ciosy z pokorą, wiedząc dobrze, że qui bene amat,<br>bene castigatą.<br>Pierwsze lekcje były dziecięco łatwe. Bez większego trudu przebrnęliśmy przez pięć<br>deklinacji.[ ] Koniugacje stanowiły już problem daleko trudniejszy, więc wieszaliśmy nad naszymi<br>łóżkami arkusze papieru, na nich czerwonym ołówkiem wypisane były jak magiczne zaklęcia<br>końcówki: -o, -as, -at, -amus, -atis, -ant i ukołysani tym jak dzwonkami płynęliśmy w nasze<br>niespokojne sny szkolne.[ ]<br>Aż wreszcie doszliśmy do najwyższego stopnia wtajemniczenia - do składni - i tu zaczął się las,<br>matecznik i zgrzytanie zębów. To już nie były banalne zdanka, wymyślone przez poczciwych<br>pedagogów, aby oswoić nas z mową naszych kulturalnych praojców, lecz wspaniałe jak portyki,<br>długie jak bezsenne noce okresy klasycznych mówców i filozofów.[ ]<br>Kto tłumaczył zbyt potocznie, ale nie umiał objaśnić konstrukcji gramatycznej, demaskował się,<br>że korzysta z pracy cudzej i z kandydata na obywatela Rzymu spadał nieuchronnie w szeregi<br>niewolników.[ ]<br>Było to ćwiczenie umysłu, a także zaprawa charakteru, gdyż zmagaliśmy się z rzeczami<br>trudnymi.[ ]<br>Więc uczyliśmy się łaciny. Jak? W męce. Panował w klasie dryl niemal wojskowy, a dwóje sypały<br>się gęsto. Kiedy atmosfera stawała się nie do zniesienia, nasz profesor podrywał nas z ławek<br>i pozwalał na całe gardło ryczeć (byle po łacinie), najczęściej: „Ave, Caesar, morituri te salutant2”,<br>więc krzyczeliśmy i jednocząc się w tym krzyku, pokonywaliśmy strach i słabość ducha.[ ]<br>Z czasem lekcje składały się nie tylko ze żmudnych tłumaczeń, szlifowania gramatyki, ale część<br>ich była poświęcona kulturze i cywilizacji antycznej. [ ] poznawaliśmy życie codzienne w stolicy<br>imperium, uzbrojenie legionisty, rytuał Saturnaliów.<br>Oczywiście, był to Rzym wyidealizowany, Rzym cnót obywatelskich, surowego męstwa. [ ]<br>Wiedzieliśmy o doli niewolników, okrutnych prześladowaniach chrześcijan, szaleństwach Kaliguli,<br>ale nad tymi mrokami świeciła mocno gwiazda rozumu.<br>Nie wiem, kiedy to się stało (a chyba na pewno nie wydarzyło się nagle), że łacina zaczęła nas<br>wciągać i fascynować. Naprzód, jeśli dobrze pamiętam, sam jej dźwięk poważny, spiżowy,<br>a jednocześnie jasny. Najprostsze zdania miały linię, mocno zarysowany kontur, jakby wykute były<br>w kamieniu.[ ]<br>Pracowaliśmy w pocie czoła. Zbliżała się pora owocobrania: w następnym roku mieliśmy przejść<br>do poezji Katullusa i Horacego. Ale wtedy wkroczyli barbarzyńcy.<br>(1973)<br>(Zbigniew Herbert, Lekcja łaciny, w: Labirynt nad morzem, Warszawa 2000)<br>1 qui bene amat, bene castigat (łac.) - kto (dobrze) bardzo kocha, ten karci życzliwie.<br>2 Ave, Caesar, morituri te salutant (łac.) - Witaj, Cezarze, mający umrzeć pozdrawiają cię. - słowa, którymi<br>gladiatorzy rzymscy pozdrawiali Cezara, wkraczając na arenę.<br>4<br>Arkusz III<br>5<br>Arkusz III<br>6<br>Arkusz III<br>ciąg dalszy na ostatniej stronie<br>7<br>Arkusz III<br>BRUDNOPIS<br>8<br>Arkusz III</p>","solutions":[]}