{"id":"jezyk-polski-2002-marzec-probna-rozszerzona/zad/Temat 1","paper_id":"jezyk-polski-2002-marzec-probna-rozszerzona","number":"Temat 1","points":null,"ptype":"open","subject":"jezyk-polski","category":"probna","year":2002,"month":"marzec","level":"rozszerzona","text":"TEMAT 1\nPolemika z tradycją romantyczną we współczesnej literaturze polskiej. Zinterpretuj\nzałączone fragmenty Dziennika 1953-1956 Witolda Gombrowicza i Jeziora Bodeńskiego\nStanisława Dygata, zwracając uwagę na podobieństwa i różnice w stosunku pisarzy do\ndziedzictwa romantyzmu.\nKiedyś zdarzyło mi się uczestniczyć w jednym z ( ) zebrań poświęconych wzajemnemu\npolskiemu krzepieniu się i dodawaniu ducha gdzie, odśpiewawszy Rotę i odtańczywszy\nkrakowiaka, przystąpiono do wysłuchiwania mówcy, który wysławiał naród albowiem\n„wydaliśmy Szopena”, albowiem „mamy Curie-Skłodowską” i Wawel, oraz Słowackiego,\nMickiewicza i, poza tym, byliśmy przedmurzem chrześcijaństwa a konstytucja Trzeciego\nMaja była bardzo postępowa Tłumaczył on sobie i zebranym, że jesteśmy wielkim narodem,\nco może nie wzbudzało już entuzjazmu słuchaczy (którym znany był ten rytuał - brali w tym\nudział jak w nabożeństwie, od którego nie należy oczekiwać niespodzianek) niemniej jednak\nbyło przyjmowane z rodzajem zadowolenia, że stało się zadość patriotycznej powinności. Ale\nja odczuwałem ten obrządek jak z piekła rodem, ta msza narodowa stawała mi się czymś\nszatańsko szyderczym i złośliwie groteskowym. Gdyż oni, wywyższając Mickiewicza,\nponiżali siebie - i takim wychwalaniem Szopena wykazywali to właśnie, że nie dorośli do\nSzopena - a lubując się własną kulturą, obnażali swój prymitywizm.\nGeniusze! Do cholery z tymi geniuszami! Miałem ochotę powiedzieć zebranym: - Cóż\nmnie obchodzi Mickiewicz? Wy jesteście dla mnie ważniejsi od Mickiewicza. I ani ja, ani\nnikt inny, nie będzie sądził narodu polskiego według Mickiewicza lub Szopena, ale wedle\ntego co tu, na tej sali, się dzieje i co tu się mówi. Gdybyście nawet byli narodem tak ubogim\nw wielkość, że największym artystą waszym byłby Tetmajer lub Konopnicka, lecz gdybyście\numieli mówić o nich ze swobodą ludzi duchowo wolnych, z umiarem i trzeźwością ludzi\ndojrzałych, gdyby słowa wasze obejmowały horyzont nie zaścianka, lecz świata wówczas\nnawet Tetmajer stałby się wam tytułem do chwały. Ale tak jak rzeczy się mają, Szopen\nz Mickiewiczem służą wam tylko do uwypuklenia waszej małostkowości - gdyż wy\nz naiwnością dzieci potrząsacie przed nosem znudzonej zagranicy tymi polonezami po to\njedynie, aby wzmocnić nadwątlone poczucie własnej wartości i dodać sobie znaczenia.\nJesteście jak biedak, który chwali się, że jego babka miała folwark i bywała w Paryżu.\nJesteście ubogimi krewnymi świata, którzy usiłują imponować sobie i innym.\nWitold Gombrowicz, Dziennik 1953 - 1956\nPróbny egzamin maturalny z języka polskiego\n3\nArkusz egzaminacyjny III - poziom rozszerzony\n- No, a teraz niech pan mi powie coś o Polsce, której tak jestem ciekawa.\n- O Polsce, no cóż\nGubię wzrok w perspektywie korytarza, zamyślam się, jak gdybym nagle przeniósł się\ntysiące kilometrów na wschód, i głosem cichym, miarowo wzmacnianym, zaczynam mówić.\nPrzedstawiam kraj pełen romantycznej fantazji, miłości i poświęcenia, wiary w piękno\ni wolność, walki ze złem i szpetotą, kraj rozległych krajobrazów i rozległych przestrzeni\nduszy. W tym wszystkim dyskretnie ukazuję siebie jako nieodrodnego syna swej ojczyzny,\njestem wzruszony i zachwycony swoją bohaterską i romantyczną sylwetką Polaka,\nprzekonany, że i Suzanne musi być zachwycona. Odczuwam pewne skrupuły, że takimi\nsposobami posługuję się dla płochych zalotów, ale usprawiedliwiam się, że to bądź co bądź\npropaganda, że cel uświęca środki, a gdy na zakończenie mówię: - Polskiej prawdy nie\nzmoże ani pruska buta, ani żadne inne zło na świecie. Zawsze na wierzch wypłynie - to\nprzecież naprawdę mocno w to wierzę, może tyle, że prościej, nie w takich konopnickich\nsłowach. [ ]\nMilcząco biorę Mickiewicza i bez wstępów zaczynam czytać po polsku pierwszy wiersz,\nna jaki natrafiam, potem tłumaczę:\nTu me repousses?\nAi-je déjà perdu ton ceur?1\nOdczuwam niemy zachwyt Suzanne, ale ja sam zachwycam się bodaj dużo więcej.\nZaczynam tłumaczyć szybko i niedbale, czym prędzej chcę już czytać następny wiersz:\nLedwiem ciebie zobaczył, jużem się zapłonił,\nW nieznanym oku dawnej znajomości pytał\nSkąd mi tak serce zaczyna nagle skakać do gardła?\nNigdy, więc nigdy z tobą rozstać się nie mogę!\nMorzem płyniesz i lądem idziesz za mną w drogę\nPrzewracam szybko kartki, skaczę z wiersza na wiersz, ogarnia mnie gorączka. Wszystko\nznane, swoje. Ten wiersz lubiła deklamować babka, tamten ojciec czytał raz głośno przy\nstole, a ten znów ja sam deklamowałem na akademii szkolnej. Czemu tak dawno nie\nzaglądałem do tych ksiąg? Teraz to wszystko, pokryte zasłoną przyzwyczajenia, odkrywa się\nw nowych barwach, a niesie ze sobą stary zapach. [ ]\nPrzewracam kartki, biegam po książce jak po domu dzieciństwa, który znów odwiedzam\npo latach\nO matko Polko!\nCzuję, jak przebiega przeze mnie lodowaty dreszcz. Tu się dzieje coś innego,\nznaczniejszego. Zaczynam doznawać wzruszenia, którego nie mogę opanować ani pojąć\nnatury.\nO matko Polko! Gdy u syna twego\nW źrenicach błyszczy genijuszu świetność\n1 Odpychasz mię? - czym twoje serce już postradał? - fragment sonetu Mickiewicza Pożegnanie.\n4\nPróbny egzamin maturalny z języka polskiego\nArkusz egzaminacyjny III - poziom rozszerzony\nOdsuwam się trochę w kąt, schylam głowę i czytam po cichu:\nZwyciężonemu za pomnik grobowy\nZostaną suche drewna szubienicy.\nZa całą sławę krótki płacz kobiecy\nI długie, nocne rodaków rozmowy.\nJezus Maria! Matko Polko. Matko Polko. Matko Polko.\nCo ja tu robię rozparty beztrosko nad Jeziorem Bodeńskim, rozweselając się błahymi\nzalotami, podczas gdy tam\njak dawniej, jak nieraz\nTo samo duszne i cierpliwe milczenie, te same niewzruszone twarze za tymi samymi\nkratami, wieczne cierpienie, wieczne wyczekiwanie i wieczna wiara [ ]\nKłaniam się i szybko oddalam.\nO wiem, że ten efekt był bardzo udany. Bardzo udany, choć wcale nie zamierzony,\ni wolałbym, żeby go nie było.\nStanisław Dygat, Jezioro Bodeńskie, 1946","answer":null,"answer_text":null,"solution":null,"image":"img/jezyk-polski-2002-marzec-probna-rozszerzona/zad-Temat_1.webp","solution_image":null,"topics":null,"page_from":2,"source":"ocr","answer_source":null,"answer_text_source":null,"solution_source":null,"text_source":"ocr","source_label":"Język polski · Matura próbna · marzec 2002 (rozszerzona)","subject_label":"Język polski","category_label":"Matura próbna","text_html":"<p>TEMAT 1<br>Polemika z tradycją romantyczną we współczesnej literaturze polskiej. Zinterpretuj<br>załączone fragmenty Dziennika 1953-1956 Witolda Gombrowicza i Jeziora Bodeńskiego<br>Stanisława Dygata, zwracając uwagę na podobieństwa i różnice w stosunku pisarzy do<br>dziedzictwa romantyzmu.<br>Kiedyś zdarzyło mi się uczestniczyć w jednym z ( ) zebrań poświęconych wzajemnemu<br>polskiemu krzepieniu się i dodawaniu ducha gdzie, odśpiewawszy Rotę i odtańczywszy<br>krakowiaka, przystąpiono do wysłuchiwania mówcy, który wysławiał naród albowiem<br>„wydaliśmy Szopena”, albowiem „mamy Curie-Skłodowską” i Wawel, oraz Słowackiego,<br>Mickiewicza i, poza tym, byliśmy przedmurzem chrześcijaństwa a konstytucja Trzeciego<br>Maja była bardzo postępowa Tłumaczył on sobie i zebranym, że jesteśmy wielkim narodem,<br>co może nie wzbudzało już entuzjazmu słuchaczy (którym znany był ten rytuał - brali w tym<br>udział jak w nabożeństwie, od którego nie należy oczekiwać niespodzianek) niemniej jednak<br>było przyjmowane z rodzajem zadowolenia, że stało się zadość patriotycznej powinności. Ale<br>ja odczuwałem ten obrządek jak z piekła rodem, ta msza narodowa stawała mi się czymś<br>szatańsko szyderczym i złośliwie groteskowym. Gdyż oni, wywyższając Mickiewicza,<br>poniżali siebie - i takim wychwalaniem Szopena wykazywali to właśnie, że nie dorośli do<br>Szopena - a lubując się własną kulturą, obnażali swój prymitywizm.<br>Geniusze! Do cholery z tymi geniuszami! Miałem ochotę powiedzieć zebranym: - Cóż<br>mnie obchodzi Mickiewicz? Wy jesteście dla mnie ważniejsi od Mickiewicza. I ani ja, ani<br>nikt inny, nie będzie sądził narodu polskiego według Mickiewicza lub Szopena, ale wedle<br>tego co tu, na tej sali, się dzieje i co tu się mówi. Gdybyście nawet byli narodem tak ubogim<br>w wielkość, że największym artystą waszym byłby Tetmajer lub Konopnicka, lecz gdybyście<br>umieli mówić o nich ze swobodą ludzi duchowo wolnych, z umiarem i trzeźwością ludzi<br>dojrzałych, gdyby słowa wasze obejmowały horyzont nie zaścianka, lecz świata wówczas<br>nawet Tetmajer stałby się wam tytułem do chwały. Ale tak jak rzeczy się mają, Szopen<br>z Mickiewiczem służą wam tylko do uwypuklenia waszej małostkowości - gdyż wy<br>z naiwnością dzieci potrząsacie przed nosem znudzonej zagranicy tymi polonezami po to<br>jedynie, aby wzmocnić nadwątlone poczucie własnej wartości i dodać sobie znaczenia.<br>Jesteście jak biedak, który chwali się, że jego babka miała folwark i bywała w Paryżu.<br>Jesteście ubogimi krewnymi świata, którzy usiłują imponować sobie i innym.<br>Witold Gombrowicz, Dziennik 1953 - 1956<br>Próbny egzamin maturalny z języka polskiego<br>3<br>Arkusz egzaminacyjny III - poziom rozszerzony</p>\n<ul><li>No, a teraz niech pan mi powie coś o Polsce, której tak jestem ciekawa.</li><li>O Polsce, no cóż</li></ul>\n<p>Gubię wzrok w perspektywie korytarza, zamyślam się, jak gdybym nagle przeniósł się<br>tysiące kilometrów na wschód, i głosem cichym, miarowo wzmacnianym, zaczynam mówić.<br>Przedstawiam kraj pełen romantycznej fantazji, miłości i poświęcenia, wiary w piękno<br>i wolność, walki ze złem i szpetotą, kraj rozległych krajobrazów i rozległych przestrzeni<br>duszy. W tym wszystkim dyskretnie ukazuję siebie jako nieodrodnego syna swej ojczyzny,<br>jestem wzruszony i zachwycony swoją bohaterską i romantyczną sylwetką Polaka,<br>przekonany, że i Suzanne musi być zachwycona. Odczuwam pewne skrupuły, że takimi<br>sposobami posługuję się dla płochych zalotów, ale usprawiedliwiam się, że to bądź co bądź<br>propaganda, że cel uświęca środki, a gdy na zakończenie mówię: - Polskiej prawdy nie<br>zmoże ani pruska buta, ani żadne inne zło na świecie. Zawsze na wierzch wypłynie - to<br>przecież naprawdę mocno w to wierzę, może tyle, że prościej, nie w takich konopnickich<br>słowach. [ ]<br>Milcząco biorę Mickiewicza i bez wstępów zaczynam czytać po polsku pierwszy wiersz,<br>na jaki natrafiam, potem tłumaczę:<br>Tu me repousses?<br>Ai-je déjà perdu ton ceur?1<br>Odczuwam niemy zachwyt Suzanne, ale ja sam zachwycam się bodaj dużo więcej.<br>Zaczynam tłumaczyć szybko i niedbale, czym prędzej chcę już czytać następny wiersz:<br>Ledwiem ciebie zobaczył, jużem się zapłonił,<br>W nieznanym oku dawnej znajomości pytał<br>Skąd mi tak serce zaczyna nagle skakać do gardła?<br>Nigdy, więc nigdy z tobą rozstać się nie mogę!<br>Morzem płyniesz i lądem idziesz za mną w drogę<br>Przewracam szybko kartki, skaczę z wiersza na wiersz, ogarnia mnie gorączka. Wszystko<br>znane, swoje. Ten wiersz lubiła deklamować babka, tamten ojciec czytał raz głośno przy<br>stole, a ten znów ja sam deklamowałem na akademii szkolnej. Czemu tak dawno nie<br>zaglądałem do tych ksiąg? Teraz to wszystko, pokryte zasłoną przyzwyczajenia, odkrywa się<br>w nowych barwach, a niesie ze sobą stary zapach. [ ]<br>Przewracam kartki, biegam po książce jak po domu dzieciństwa, który znów odwiedzam<br>po latach<br>O matko Polko!<br>Czuję, jak przebiega przeze mnie lodowaty dreszcz. Tu się dzieje coś innego,<br>znaczniejszego. Zaczynam doznawać wzruszenia, którego nie mogę opanować ani pojąć<br>natury.<br>O matko Polko! Gdy u syna twego<br>W źrenicach błyszczy genijuszu świetność<br>1 Odpychasz mię? - czym twoje serce już postradał? - fragment sonetu Mickiewicza Pożegnanie.<br>4<br>Próbny egzamin maturalny z języka polskiego<br>Arkusz egzaminacyjny III - poziom rozszerzony<br>Odsuwam się trochę w kąt, schylam głowę i czytam po cichu:<br>Zwyciężonemu za pomnik grobowy<br>Zostaną suche drewna szubienicy.<br>Za całą sławę krótki płacz kobiecy<br>I długie, nocne rodaków rozmowy.<br>Jezus Maria! Matko Polko. Matko Polko. Matko Polko.<br>Co ja tu robię rozparty beztrosko nad Jeziorem Bodeńskim, rozweselając się błahymi<br>zalotami, podczas gdy tam<br>jak dawniej, jak nieraz<br>To samo duszne i cierpliwe milczenie, te same niewzruszone twarze za tymi samymi<br>kratami, wieczne cierpienie, wieczne wyczekiwanie i wieczna wiara [ ]<br>Kłaniam się i szybko oddalam.<br>O wiem, że ten efekt był bardzo udany. Bardzo udany, choć wcale nie zamierzony,<br>i wolałbym, żeby go nie było.<br>Stanisław Dygat, Jezioro Bodeńskie, 1946</p>","solutions":[]}