{"id":"jezyk-polski-2005-styczen-probna-podstawowa/zad/15","paper_id":"jezyk-polski-2005-styczen-probna-podstawowa","number":"15","points":1,"ptype":"closed","subject":"jezyk-polski","category":"probna","year":2005,"month":"styczen","level":"podstawowa","text":"Zadanie 15. (1 pkt)\nIntencją autora artykułu było:\nA. nakłonienie do respektowania ustawy o ochronie języka polskiego.\nB. ośmieszenie ustawy o ochronie języka polskiego.\nC. poinformowanie o ustawie o ochronie języka polskiego.\nD. wywołanie dyskusji o czystości języka polskiego.\n7\nCzęść II - pisanie własnego tekstu\nTemat 1: Różne wizje zaświatów. Analizując Tren X Jana Kochanowskiego i wiersz Urszula\nKochanowska Bolesława Leśmiana, zwróć uwagę na portret dziecka oraz kreacje\ninnych bohaterów.\nJan Kochanowski Tren X\nOrszulo moja wdzięczna, gdzieś mi się podziała?\nW którą stronę, w którąś sie krainę udała?\nCzyś ty nad wszystki nieba wysoko wniesiona\nI tam w liczbę aniołków małych policzona?\nCzyliś do raju wzięta? Czyliś na szcześliwe\nWyspy zaprowadzona? Czy cię przez teskliwe\nCharon jeziora wiezie i napawa zdrojem\nNiepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu mojem?\nCzy, człowieka zrzuciwszy i myśli dziewicze,\nWzięłaś na się postawę i piórka słowicze?\nCzyli sie w czyścu czyścisz, jesli z strony ciała\nJakakolwiek zmazeczka na tobie została?\nCzyś po śmierci tam poszła, kędyś pierwej była,\nNiżeś sie na mą ciężką żałość urodziła?\nGdzieśkolwiek jest, jesliś jest, lituj mej żałości,\nA nie możesz li w onej dawnej swej całości,\nPociesz mię, jako możesz, a staw się przede mną\nLubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną.\n[J. Kochanowski, Treny, Wrocław, 1999.]\nBolesław Leśmian Urszula Kochanowska\nGdy po śmierci w niebiosów przybyłam pustkowie,\nBóg długo patrzał na mnie i głaskał po głowie.\n„Zbliż się do mnie, Urszulo! Poglądasz, jak żywa\nZrobię dla cię, co zechcesz, byś była szczęśliwa.”\n„Zrób tak, Boże - szepnęłam - by w nieb Twoich krasie\nWszystko było tak samo, jak tam - w Czarnolasie!” -\nI umilkłam zlękniona i oczy unoszę,\nBy zbadać, czy się gniewa, że Go o to proszę?\nUśmiechnął się i skinął - i wnet z Bożej łaski\nPowstał dom kubek w kubek, jak nasz - Czarnolaski.\nI sprzęty i donice rozkwitłego ziela\nTak podobne, aż oczom straszno od wesela!\nI rzekł: „Oto są - sprzęty, a oto - donice.\n8\nTylko patrzeć, jak przyjdą stęsknieni rodzice!\nI ja, gdy gwiazdy do snu poukładam w niebie,\nNieraz do drzwi zapukam, by odwiedzić ciebie!”\nI odszedł, a ja zaraz krzątam się, jak mogę -\nWięc nakrywam do stołu, omiatam podłogę -\nI w suknię najróżowszą ciało przyoblekam\nI sen wieczny odpędzam - i czuwam - i czekam\nJuż świt pierwszą roznietą złoci się po ścianie,\nGdy właśnie słychać kroki i do drzwi pukanie\nWięc zrywam się i biegnę! Wiatr po niebie dzwoni!\nSerce w piersi zamiera Nie! To - Bóg, nie oni!\n[B. Leśmian, Poezje, Warszawa, 1965.]\nTemat 2: To chory kąt ( ) - analizując fragment, zwróć uwagę na przemyślenia\nStanisława Wokulskiego dotyczące sytuacji w kraju i odnieś je do innych opinii\no społeczeństwie wyrażonych w Lalce Bolesława Prusa.\nBolesław Prus Lalka (fragmenty)\nZnalazłszy się na ulicy Wokulski stanął na chodniku, jakby namyślając się, dokąd iść.\nNie ciągnęło go nic w żadną stronę. Dopiero gdy przypadkiem spojrzał w prawo, na swój\nnowo wykończony sklep, przed którym już zatrzymywali się ludzie, odwrócił się ze wstrętem\ni poszedł w lewo.\n„Dziwna rzecz, jak mnie to wszystko mało obchodzi” - rzekł do siebie. Potem myślał\no tych kilkunastu ludziach, którym już daje zajęcie, i o tych kilkudziesięciu, którzy od\npierwszego maja mieli dostać u niego zajęcie, o tych setkach, dla których w ciągu roku miał\nstworzyć nowe źródła pracy, i o tych tysiącach, którzy dzięki jego tanim towarom mogli sobie\npoprawić nędzny byt - i - czuł, że ci wszyscy ludzie i ich rodziny nic go w tej chwili nie\ninteresują.\n„Sklep odstąpię, nie zawiążę spółki i wyjadę za granicę” - myślał.\n„A zawód, jaki zrobisz ludziom, którzy w tobie położyli nadzieję?”\n„Zawód? Alboż mnie samego nie spotkał zawód? ” ( )\nStanął i patrzył. Dzień przedświąteczny i ładna pogoda wywabiły mnóstwo ludzi na\nbruk miejski. Sznur powozów i pstrokaty falujący tłum między Kopernikiem i Zygmuntem\nwyglądał jak stado ptaków, które właśnie w tej chwili unosiły się nad miastem dążąc ku\npółnocy.\n„Szczególna rzecz - mówił. - Każdy ptak w górze i każdy człowiek na ziemi wyobraża\nsobie, że idzie tam, dokąd chce. I dopiero ktoś stojący na boku widzi, że wszystkich razem\npcha naprzód jakiś fatalny prąd, mocniejszy od ich przewidywań i pragnień. Może nawet ten\nsam, który unosi smugi iskier wydmuchniętych przez lokomotywę podczas nocy? Błyszczą\nprzez mgnienie oka, aby zgasnąć na całą wieczność, i to nazywa się życiem. ( )”\nNieustanny turkot i szmer wydał się Wokulskiemu nieznośnym, a wewnętrzna pustka\nstraszliwą. Chciał czymś się zająć i przypomniał sobie, że jeden z zagranicznych kapitalistów\npytał go o zdanie w kwestii bulwarów nad Wisłą. Zdanie już miał wyrobione: Warszawa\n9\ncałym swoim ogromem ciąży i zsuwa się ku Wiśle. Gdyby brzegi rzeki obwarować\nbulwarami, powstałaby tam najpiękniejsza część miasta: gmachy, sklepy, aleje\n„Trzeba spojrzeć, jak by to wyglądało?” - szepnął Wokulski i skręcił na ulicę Karową.\n( )\nNa Karowej odetchnął. Zdawało mu się, że jest jedną z plew, które już odrzucił młyn\nwielkomiejskiego życia, i że powoli spływa sobie gdzieś na dół tym rynsztokiem zaciśniętym\nodwiecznymi murami.\n„Cóż, bulwary? - myślał. - Postoją jakiś czas, a potem będą walić się, zarośnięte\nzielskiem i odrapane, jak te oto ściany. Ludzie, którzy je budowali z wielką pracą, mieli także\nna celu zdrowie, bezpieczeństwo, majątek, a może zabawy i pieszczoty. I gdzie oni są?\nZostały po nich spękane mury, jak skorupa po ślimaku dawnej epoki. A cały pożytek z tego\nstosu cegieł i tysiąca innych stosów będzie, że przyszły geolog nazwie je skałą ludzkiego\nwyrobu, jak my dziś koralowe rafy albo kredę nazywamy skałami wyrobu pierwotniaków.\nI cóż ma z trudu swego człowiek?\nI z prac tych, które wszczął pod słońcem?\nZnikomość - jego dzieła gońcem,\nA żywot jego mgnieniem powiek.3\nGdziem ja to czytał, gdzie? Mniejsza o to.”\nZatrzymał się w połowie drogi i patrzył na ciągnącą się u jego stóp dzielnicę między\nNowym Zjazdem i Tamką. Uderzyło go podobieństwo do drabiny, której jeden bok stanowi\nulica Dobra, drugi - linia od Garbarskiej do Topieli, a kilkanaście uliczek poprzecznych\nformują jakby szczeble.\n„Nigdzie nie wejdziemy po tej leżącej drabinie - myślał. - To chory kąt, dziki kąt.”\nI rozważał pełen goryczy, że ten płat ziemi nadrzecznej, zasypany śmieciem z całego\nmiasta, nie urodzi nic nad parterowe i jednopiętrowe domki barwy czekoladowej i jasnożółtej,\nciemnozielonej i pomarańczowej. ( )\n„Nic, nic! ” - powtarzał tułając się po uliczkach, gdzie widać było rudery zapadnięte\nniżej bruku, z dachami porosłymi mchem, lokale z okiennicami dniem i nocą zamkniętymi na\nsztaby, drzwi zabite gwoździami, naprzód i w tył powychylane ściany, okna łatane papierem\nalbo zatkane łachmanem.\nSzedł, przez brudne szyby zaglądał do mieszkań i nasycał się widokiem szaf bez drzwi,\nkrzeseł na trzech nogach, kanap z wydartym siedzeniem, zegarów o jednej skazówce\nz porozbijanymi cyferblatami. Szedł i cicho śmiał się na widok wyrobników wiecznie\nczekających na robotę, rzemieślników, którzy trudnią się tylko łataniem starej odzieży,\nprzekupek, których całym majątkiem jest kosz zeschłych ciastek - na widok obdartych\nmężczyzn, mizernych dzieci i kobiet niezwykle brudnych.\n„Oto miniatura kraju - myślał - w którym wszystko dąży do spodlenia i wytępienia\nrasy. Jedni giną z niedostatku, drudzy z rozpusty. Praca odejmuje sobie od ust, ażeby karmić\nniedołęgów; miłosierdzie hoduje bezczelnych próżniaków, a ubóstwo nie mogące zdobyć się\nna sprzęty otacza się wiecznie głodnymi dziećmi, których największą zaletą jest wczesna\nśmierć.\nTu nie poradzi jednostka z inicjatywą, bo wszystko sprzysięgło się, ażeby ją spętać\ni zużyć w pustej walce - o nic.”\nPotem w wielkich konturach przyszła mu na myśl jego własna historia. Kiedy dzieckiem\nbędąc łaknął wiedzy - oddano go do sklepu z restauracją. Kiedy zabijał się nocną pracą będąc\nsubiektem - wszyscy szydzili z niego, zacząwszy od kuchcików, skończywszy na upijającej\n3 Wierszowany cytat pochodzi z poematu Włodzimierza Zagórskiego (1834 - 1902) pt. Król Salomon.\n10\nsię w sklepie inteligencji. Kiedy nareszcie dostał się do uniwersytetu - prześladowano go\nporcjami, które niedawno podawał gościom.\nOdetchnął dopiero na Syberii. Tam mógł pracować, tam zdobył uznanie i przyjaźń\nCzerskich, Czekanowskich, Dybowskich.4 Wrócił do kraju prawie uczonym, lecz gdy\nw\ntym\nkierunku\nszukał\nzajęcia,\nzakrzyczano\ngo\ni\nodesłano\ndo\nhandlu\n„To taki piękny kawałek chleba w tak ciężkich czasach!”\nNo i wrócił do handlu, a wtedy zawołano, że się sprzedał i żyje na łasce żony, z pracy\nMinclów.\nTraf zdarzył, iż po kilku latach żona umarła zostawiając mu dość spory majątek.\nPochowawszy ją Wokulski odsunął się nieco od sklepu, a znowu zbliżył się do książek.\nI może z galanteryjnego kupca zostałby na dobre uczonym przyrodnikiem, gdyby znalazłszy\nsię raz w teatrze nie zobaczył panny Izabeli.\n[B. Prus, Lalka, Warszawa 1956.]\nWybieram temat:\n4 Czerski Jan (1845 - 1892) - przyrodnik i geolog, zesłany w r. 1863 na Syberię, badał tam faunę i pokłady\nwęgla. Czekanowski Aleksander (1830 - 1876) - geograf i geolog, zesłany w r. 1863 na Syberię.\n11\nDybowski Benedykt (1833 - 1930) - uczony polski, antropolog, zesłany w r. 1864 na Syberię, badał tamtejszą\nprzyrodę i języki ludów syberyjskich.\n12\n13\n14","answer":"D","answer_text":"D\n1","solution":null,"image":"img/jezyk-polski-2005-styczen-probna-podstawowa/zad-15.webp","solution_image":null,"topics":null,"page_from":6,"source":"ocr","answer_source":"ocr","answer_text_source":"ocr","solution_source":null,"text_source":"ocr","source_label":"Język polski · Matura próbna · styczeń 2005 (podstawowa)","subject_label":"Język polski","category_label":"Matura próbna","text_html":"<p>Zadanie 15. (1 pkt)<br>Intencją autora artykułu było:<br>A. nakłonienie do respektowania ustawy o ochronie języka polskiego.<br>B. ośmieszenie ustawy o ochronie języka polskiego.<br>C. poinformowanie o ustawie o ochronie języka polskiego.<br>D. wywołanie dyskusji o czystości języka polskiego.<br>7<br>Część II - pisanie własnego tekstu<br>Temat 1: Różne wizje zaświatów. Analizując Tren X Jana Kochanowskiego i wiersz Urszula<br>Kochanowska Bolesława Leśmiana, zwróć uwagę na portret dziecka oraz kreacje<br>innych bohaterów.<br>Jan Kochanowski Tren X<br>Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi się podziała?<br>W którą stronę, w którąś sie krainę udała?<br>Czyś ty nad wszystki nieba wysoko wniesiona<br>I tam w liczbę aniołków małych policzona?<br>Czyliś do raju wzięta? Czyliś na szcześliwe<br>Wyspy zaprowadzona? Czy cię przez teskliwe<br>Charon jeziora wiezie i napawa zdrojem<br>Niepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu mojem?<br>Czy, człowieka zrzuciwszy i myśli dziewicze,<br>Wzięłaś na się postawę i piórka słowicze?<br>Czyli sie w czyścu czyścisz, jesli z strony ciała<br>Jakakolwiek zmazeczka na tobie została?<br>Czyś po śmierci tam poszła, kędyś pierwej była,<br>Niżeś sie na mą ciężką żałość urodziła?<br>Gdzieśkolwiek jest, jesliś jest, lituj mej żałości,<br>A nie możesz li w onej dawnej swej całości,<br>Pociesz mię, jako możesz, a staw się przede mną<br>Lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną.<br>[J. Kochanowski, Treny, Wrocław, 1999.]<br>Bolesław Leśmian Urszula Kochanowska<br>Gdy po śmierci w niebiosów przybyłam pustkowie,<br>Bóg długo patrzał na mnie i głaskał po głowie.<br>„Zbliż się do mnie, Urszulo! Poglądasz, jak żywa<br>Zrobię dla cię, co zechcesz, byś była szczęśliwa.”<br>„Zrób tak, Boże - szepnęłam - by w nieb Twoich krasie<br>Wszystko było tak samo, jak tam - w Czarnolasie!” -<br>I umilkłam zlękniona i oczy unoszę,<br>By zbadać, czy się gniewa, że Go o to proszę?<br>Uśmiechnął się i skinął - i wnet z Bożej łaski<br>Powstał dom kubek w kubek, jak nasz - Czarnolaski.<br>I sprzęty i donice rozkwitłego ziela<br>Tak podobne, aż oczom straszno od wesela!<br>I rzekł: „Oto są - sprzęty, a oto - donice.<br>8<br>Tylko patrzeć, jak przyjdą stęsknieni rodzice!<br>I ja, gdy gwiazdy do snu poukładam w niebie,<br>Nieraz do drzwi zapukam, by odwiedzić ciebie!”<br>I odszedł, a ja zaraz krzątam się, jak mogę -<br>Więc nakrywam do stołu, omiatam podłogę -<br>I w suknię najróżowszą ciało przyoblekam<br>I sen wieczny odpędzam - i czuwam - i czekam<br>Już świt pierwszą roznietą złoci się po ścianie,<br>Gdy właśnie słychać kroki i do drzwi pukanie<br>Więc zrywam się i biegnę! Wiatr po niebie dzwoni!<br>Serce w piersi zamiera Nie! To - Bóg, nie oni!<br>[B. Leśmian, Poezje, Warszawa, 1965.]<br>Temat 2: To chory kąt ( ) - analizując fragment, zwróć uwagę na przemyślenia<br>Stanisława Wokulskiego dotyczące sytuacji w kraju i odnieś je do innych opinii<br>o społeczeństwie wyrażonych w Lalce Bolesława Prusa.<br>Bolesław Prus Lalka (fragmenty)<br>Znalazłszy się na ulicy Wokulski stanął na chodniku, jakby namyślając się, dokąd iść.<br>Nie ciągnęło go nic w żadną stronę. Dopiero gdy przypadkiem spojrzał w prawo, na swój<br>nowo wykończony sklep, przed którym już zatrzymywali się ludzie, odwrócił się ze wstrętem<br>i poszedł w lewo.<br>„Dziwna rzecz, jak mnie to wszystko mało obchodzi” - rzekł do siebie. Potem myślał<br>o tych kilkunastu ludziach, którym już daje zajęcie, i o tych kilkudziesięciu, którzy od<br>pierwszego maja mieli dostać u niego zajęcie, o tych setkach, dla których w ciągu roku miał<br>stworzyć nowe źródła pracy, i o tych tysiącach, którzy dzięki jego tanim towarom mogli sobie<br>poprawić nędzny byt - i - czuł, że ci wszyscy ludzie i ich rodziny nic go w tej chwili nie<br>interesują.<br>„Sklep odstąpię, nie zawiążę spółki i wyjadę za granicę” - myślał.<br>„A zawód, jaki zrobisz ludziom, którzy w tobie położyli nadzieję?”<br>„Zawód? Alboż mnie samego nie spotkał zawód? ” ( )<br>Stanął i patrzył. Dzień przedświąteczny i ładna pogoda wywabiły mnóstwo ludzi na<br>bruk miejski. Sznur powozów i pstrokaty falujący tłum między Kopernikiem i Zygmuntem<br>wyglądał jak stado ptaków, które właśnie w tej chwili unosiły się nad miastem dążąc ku<br>północy.<br>„Szczególna rzecz - mówił. - Każdy ptak w górze i każdy człowiek na ziemi wyobraża<br>sobie, że idzie tam, dokąd chce. I dopiero ktoś stojący na boku widzi, że wszystkich razem<br>pcha naprzód jakiś fatalny prąd, mocniejszy od ich przewidywań i pragnień. Może nawet ten<br>sam, który unosi smugi iskier wydmuchniętych przez lokomotywę podczas nocy? Błyszczą<br>przez mgnienie oka, aby zgasnąć na całą wieczność, i to nazywa się życiem. ( )”<br>Nieustanny turkot i szmer wydał się Wokulskiemu nieznośnym, a wewnętrzna pustka<br>straszliwą. Chciał czymś się zająć i przypomniał sobie, że jeden z zagranicznych kapitalistów<br>pytał go o zdanie w kwestii bulwarów nad Wisłą. Zdanie już miał wyrobione: Warszawa<br>9<br>całym swoim ogromem ciąży i zsuwa się ku Wiśle. Gdyby brzegi rzeki obwarować<br>bulwarami, powstałaby tam najpiękniejsza część miasta: gmachy, sklepy, aleje<br>„Trzeba spojrzeć, jak by to wyglądało?” - szepnął Wokulski i skręcił na ulicę Karową.<br>( )<br>Na Karowej odetchnął. Zdawało mu się, że jest jedną z plew, które już odrzucił młyn<br>wielkomiejskiego życia, i że powoli spływa sobie gdzieś na dół tym rynsztokiem zaciśniętym<br>odwiecznymi murami.<br>„Cóż, bulwary? - myślał. - Postoją jakiś czas, a potem będą walić się, zarośnięte<br>zielskiem i odrapane, jak te oto ściany. Ludzie, którzy je budowali z wielką pracą, mieli także<br>na celu zdrowie, bezpieczeństwo, majątek, a może zabawy i pieszczoty. I gdzie oni są?<br>Zostały po nich spękane mury, jak skorupa po ślimaku dawnej epoki. A cały pożytek z tego<br>stosu cegieł i tysiąca innych stosów będzie, że przyszły geolog nazwie je skałą ludzkiego<br>wyrobu, jak my dziś koralowe rafy albo kredę nazywamy skałami wyrobu pierwotniaków.<br>I cóż ma z trudu swego człowiek?<br>I z prac tych, które wszczął pod słońcem?<br>Znikomość - jego dzieła gońcem,<br>A żywot jego mgnieniem powiek.3<br>Gdziem ja to czytał, gdzie? Mniejsza o to.”<br>Zatrzymał się w połowie drogi i patrzył na ciągnącą się u jego stóp dzielnicę między<br>Nowym Zjazdem i Tamką. Uderzyło go podobieństwo do drabiny, której jeden bok stanowi<br>ulica Dobra, drugi - linia od Garbarskiej do Topieli, a kilkanaście uliczek poprzecznych<br>formują jakby szczeble.<br>„Nigdzie nie wejdziemy po tej leżącej drabinie - myślał. - To chory kąt, dziki kąt.”<br>I rozważał pełen goryczy, że ten płat ziemi nadrzecznej, zasypany śmieciem z całego<br>miasta, nie urodzi nic nad parterowe i jednopiętrowe domki barwy czekoladowej i jasnożółtej,<br>ciemnozielonej i pomarańczowej. ( )<br>„Nic, nic! ” - powtarzał tułając się po uliczkach, gdzie widać było rudery zapadnięte<br>niżej bruku, z dachami porosłymi mchem, lokale z okiennicami dniem i nocą zamkniętymi na<br>sztaby, drzwi zabite gwoździami, naprzód i w tył powychylane ściany, okna łatane papierem<br>albo zatkane łachmanem.<br>Szedł, przez brudne szyby zaglądał do mieszkań i nasycał się widokiem szaf bez drzwi,<br>krzeseł na trzech nogach, kanap z wydartym siedzeniem, zegarów o jednej skazówce<br>z porozbijanymi cyferblatami. Szedł i cicho śmiał się na widok wyrobników wiecznie<br>czekających na robotę, rzemieślników, którzy trudnią się tylko łataniem starej odzieży,<br>przekupek, których całym majątkiem jest kosz zeschłych ciastek - na widok obdartych<br>mężczyzn, mizernych dzieci i kobiet niezwykle brudnych.<br>„Oto miniatura kraju - myślał - w którym wszystko dąży do spodlenia i wytępienia<br>rasy. Jedni giną z niedostatku, drudzy z rozpusty. Praca odejmuje sobie od ust, ażeby karmić<br>niedołęgów; miłosierdzie hoduje bezczelnych próżniaków, a ubóstwo nie mogące zdobyć się<br>na sprzęty otacza się wiecznie głodnymi dziećmi, których największą zaletą jest wczesna<br>śmierć.<br>Tu nie poradzi jednostka z inicjatywą, bo wszystko sprzysięgło się, ażeby ją spętać<br>i zużyć w pustej walce - o nic.”<br>Potem w wielkich konturach przyszła mu na myśl jego własna historia. Kiedy dzieckiem<br>będąc łaknął wiedzy - oddano go do sklepu z restauracją. Kiedy zabijał się nocną pracą będąc<br>subiektem - wszyscy szydzili z niego, zacząwszy od kuchcików, skończywszy na upijającej<br>3 Wierszowany cytat pochodzi z poematu Włodzimierza Zagórskiego (1834 - 1902) pt. Król Salomon.<br>10<br>się w sklepie inteligencji. Kiedy nareszcie dostał się do uniwersytetu - prześladowano go<br>porcjami, które niedawno podawał gościom.<br>Odetchnął dopiero na Syberii. Tam mógł pracować, tam zdobył uznanie i przyjaźń<br>Czerskich, Czekanowskich, Dybowskich.4 Wrócił do kraju prawie uczonym, lecz gdy<br>w<br>tym<br>kierunku<br>szukał<br>zajęcia,<br>zakrzyczano<br>go<br>i<br>odesłano<br>do<br>handlu<br>„To taki piękny kawałek chleba w tak ciężkich czasach!”<br>No i wrócił do handlu, a wtedy zawołano, że się sprzedał i żyje na łasce żony, z pracy<br>Minclów.<br>Traf zdarzył, iż po kilku latach żona umarła zostawiając mu dość spory majątek.<br>Pochowawszy ją Wokulski odsunął się nieco od sklepu, a znowu zbliżył się do książek.<br>I może z galanteryjnego kupca zostałby na dobre uczonym przyrodnikiem, gdyby znalazłszy<br>się raz w teatrze nie zobaczył panny Izabeli.<br>[B. Prus, Lalka, Warszawa 1956.]<br>Wybieram temat:<br>4 Czerski Jan (1845 - 1892) - przyrodnik i geolog, zesłany w r. 1863 na Syberię, badał tam faunę i pokłady<br>węgla. Czekanowski Aleksander (1830 - 1876) - geograf i geolog, zesłany w r. 1863 na Syberię.<br>11<br>Dybowski Benedykt (1833 - 1930) - uczony polski, antropolog, zesłany w r. 1864 na Syberię, badał tamtejszą<br>przyrodę i języki ludów syberyjskich.<br>12<br>13<br>14</p>","answer_text_html":"<p>D<br>1</p>","solutions":[]}