{"id":"jezyk-polski-2007-maj-matura-rozszerzona/zad/10","paper_id":"jezyk-polski-2007-maj-matura-rozszerzona","number":"10","points":1,"ptype":"closed","subject":"jezyk-polski","category":"matura","year":2007,"month":"maj","level":"rozszerzona","text":"Zadanie 10. (1 pkt)\nWymień dwie wskazane przez autorkę tekstu różnice między dziennikarstwem dawnym\na współczesnym.\nCzęść II - pisanie własnego tekstu w związku z tekstem literackim zamieszczonym w arkuszu.\nWybierz temat i napisz wypracowanie nie krótsze niż dwie strony (około 250 słów).\nTemat 1. Dwa obrazy prowincji. Porównaj sposoby ich kreacji w podanych fragmentach\nPani Bovary Gustawa Flauberta i Republiki marzeń Brunona Schulza.\nGustaw Flaubert Pani Bovary\nYonville-Opactwo to spore osiedle nazwane tak od starego opactwa kapucynów,\npo którym zaginął nawet ślad ruin. Leży ono o osiem mil od Rouen, między drogą\ndo Abbeville a drogą do Beauvais.\nJesteśmy tu na pograniczu Normandii, Pikardii i Île-de-France, w kraju pozbawionym\nwłasnego oblicza, gdzie język nie ma żadnego akcentu, a pejzaż jest bez charakteru.\nDo 1835 roku nie było żadnej znośnej drogi do Yonville. Ale w tym okresie\nprzeprowadzono drogę komunalną, która połączyła gościńce wiodące do Abbeville\ni do Amiens. Korzystają z niej czasem dyliżanse jadące z Rouen do Flandrii. Ale mimo tych\nnowych możliwości Yonville pozostało osiedlem martwym. Zamiast podnieść uprawę roli,\nmieszkańcy jego upierają się przy pastwiskach, mimo że są one zupełnie bezwartościowe,\ni leniwe miasteczko odsuwając się od pól ciąży ku rzece.\nU stóp pagórka, za mostem, aleja wysadzana młodą osiczyną prowadzi wprost\ndo pierwszych domków miasteczka. Domki te, ogrodzone żywopłotem, otaczają rozmaitego\nrodzaju zabudowania gospodarskie, tłoczarnie, wozownie, destylarnie. Na otynkowanych\nścianach, po których przebiegają ukośnie sczerniałe belki, rozpięta bywa czasem mizerna\ngrusza, a drzwi wejściowe mają u dołu małą obrotową furteczkę dla ochrony przed\nkurczętami, które przychodzą na próg dziobać okruszyny czarnego chleba. Podwórza stają się\njednak coraz węższe, domy zbliżają się do siebie, znikają żywopłoty. Mija się kuźnię, a potem\ndomek kołodzieja.\nSame hale, to znaczy szopa, pokryta dachówką i wsparta na dwudziestu słupach,\nzajmują prawie połowę głównego placu Yonville. Merostwo w stylu greckiej świątyni,\nzbudowane według rysunku architekta z Paryża, tworzy narożnik sąsiadujący z domem\naptekarza. [ ]\nPoziom rozszerzony\n7\nPoza tym nie ma już w Yonville nic do zobaczenia. Ulica (jedyna zresztą), długa\nna odległość wystrzału, przy której stoi kilka sklepików, urywa się nagle na zakręcie. [ ]\nOd czasu wydarzeń, o których tu opowiemy, nic się w istocie nie zmieniło w Yonville.\nNa szczycie dzwonnicy obraca się blaszana, trójkolorowa chorągiewka, a nad sklepem\ngalanteryjnym powiewają dwie perkalowe wstęgi. Embriony aptekarza, podobne do białej\nhubki, psują się coraz bardziej w zmętniałym spirytusie, a nad wielką bramą wjazdową oberży\nwypłowiały od deszczu, stary złoty lew ukazuje przechodniom fryzowaną jak u pudla grzywę.\n1857\n(Gustaw Flaubert, Pani Bovary, przeł. Aniela Micińska, Warszawa 1976)\nBruno Schulz Republika marzeń\nTam gdzie mapa kraju staje się już bardzo południowa, płowa od słońca, pociemniała\ni spalona od pogód lata, jak gruszka dojrzała - tam leży ona, jak kot w słońcu - ta wybrana\nkraina, ta prowincja osobliwa, to miasto jedyne na świecie. Daremnie mówić o tym\nprofanom! Daremnie tłumaczyć, że tym długim falistym językiem ziemi, którym dyszy ten\nkraj w skwarze lata, tym kanikularnym7 przylądkiem ku Południowi, tą odnogą wsuniętą\nsamotnie między smagłe węgierskie winnice - oddziela się ten partykularz8 od zespołu krainy\ni idzie samopas, w pojedynkę, nie wypróbowaną drogą, próbuje na własną rękę być światem.\nMiasto to i kraina zamknęły się w samowystarczalny mikrokosmos, zainstalowały się\nna własne ryzyko na samym brzegu wieczności.\nOgródki przedmiejskie stoją jakby na krawędzi świata i patrzą poprzez parkany\nw nieskończoność anonimowej równiny. Tuż za rogatkami mapa kraju staje się bezimienna\ni kosmiczna, jak Kanaan9. Nad tym skrawkiem ziemi wąskim i straconym otworzyło się raz\njeszcze niebo głębsze i rozleglejsze niż gdzie indziej, niebo ogromne jak kopuła,\nwielopiętrowe i chłonące, pełne niedokończonych fresków i improwizacyj, lecących draperyj\ni gwałtownych wniebowstąpień.\nJak to wyrazić? Gdy inne miasta rozwinęły się w ekonomikę, wyrosły w cyfry\nstatystyczne, w liczebność - miasto nasze zstąpiło w esencjonalność. Tu nie dzieje się nic\nna darmo, nic nie zdarza się bez głębokiego sensu i bez premedytacji. Tu zdarzenia nie są\nefemerycznym fantomem na powierzchni, tu mają one korzenie w głąb rzeczy i sięgają istoty.\n[ ]\nTeraz na przykład podwórza toną w pokrzywach i chwastach, szopy i komórki krzywe\ni omszone zapadają po pachy w ogromne łopuchy spiętrzone aż po okapy gontowych dachów.\nMiasto stoi pod znakiem zielska, dzikiej, żarliwej, fanatycznej wegetacji, wystrzelającej tanią\ni lichą zieleniną, trującą, zjadliwą i pasożytniczą. To zielsko pali się zażegnięte słońcem,\ntchawki liści dyszą płonącym chlorofilem - armie pokrzyw, wybujałe i żarłoczne, pożerają\nkultury kwiatowe, wdzierają się do ogrodów, zarastają przez noc tylne nie dozorowane ściany\ndomów i stodół, plenią się w rowach przydrożnych. [ ]\nW te dni cóż robić, dokąd uciec od żaru, od ciężkiego snu, który wali się zmorą\nna piersi w gorącej godzinie południa? W te dni, bywało, matka wynajmowała powóz\ni wyjeżdżaliśmy wszyscy stłoczeni w jego czarnym pudle za miasto [ ].\nW tych dniach dalekich powzięliśmy po raz pierwszy z kolegami ową myśl\nniemożliwą i absurdalną, ażeby powędrować jeszcze dalej poza zdrojowisko, w kraj już\nniczyj i boży, w pogranicze sporne i neutralne, gdzie gubiły się rubieże państw, a róża\nwiatrów wirowała błędnie pod niebem wysokim i spiętrzonym. Tam chcieliśmy się\noszańcować, uniezależnić od dorosłych, wyjść poza obręb ich sfery, proklamować republikę\n7 kanikuła (łac.) - u starożytnych Rzymian pora roku, w której Słońce znajduje się w gwiazdozbiorze Psa (od 22\nczerwca do 23 sierpnia); okres największych upałów\n8 partykularz (łac.) - miejscowość lub kraina odcięta od świata, zapadły kąt\n9 Kanaan - biblijna kraina, w której mieszkał Jakub i jego ród\nPoziom rozszerzony\n8\nmłodych. [ ] Miało to być życie pod znakiem poezji i przygody, nieustannych olśnień\ni zadziwień. [ ]\nMiała to być forteca opanowująca okolicę - na wpół twierdza, na wpół teatr, na wpół\nlaboratorium wizyjne. Cała natura miała być wprzęgnięta w jego orbitę. Jak u Szekspira, teatr\nten wybiegał w naturę, niczym nie odgraniczony, wrastający w rzeczywistość, biorący\nw siebie impulsy i natchnienie z wszystkich żywiołów, falujący z wielkimi przypływami\ni odpływami naturalnych obiegów. Tu miał być punkt węzłowy wszystkich procesów\nprzebiegających wielkie ciało natury, tu miały wchodzić i wychodzić wszystkie wątki\ni fabuły, jakie majaczyły się w jej wielkiej i mglistej duszy. Chcieliśmy, jak Don Kichot,\nwpuścić w nasze życie koryto wszystkich historyj i romansów, otworzyć jego granice\ndla wszystkich intryg, zawikłań i perypetyj, jakie zawiązują się w wielkiej atmosferze\nprzelicytowującej się w fantastycznościach [ ] - jesteśmy wszak wszyscy z natury\nmarzycielami, braćmi spod znaku kielni, jesteśmy z natury budowniczymi\n1936\n(Bruno Schulz, Opowiadania. Wybór esejów i listów, BN 1998)\nTemat 2. Obraz małej ojczyzny w początkowym fragmencie poematu Tomasza\nRóżyckiego10 Dwanaście stacji. Jaką rolę odgrywają w tym tekście nawiązania\ndo Pana Tadeusza?\nTomasz Różycki Dwanaście stacji\nBył marzec, bardzo ciemny i bardzo szalony, taki, jakie bywają\nczęsto w tej części Europy nad Odrą, w przedwcześnie poszarzałym mieście,\nktóre nazywało się Opole, po niemiecku Oppeln.\nTo miasto, choroba moja! Prątek czarnej żółci, smutny tumor11\nRozrastający się w duszy - jakże cię nienawidzę, miasto!\nZostawić cię, wyjechać, opuścić na zawsze! Namolny\nkoszmarze, potworze bez duszy, bez twarzy zarazku!\nZgiń, przepadnij, zły duchu, smogu marnych życzeń,\nporzuconych planów, marzeń, przekleństwo każdego ranka,\nprzepadnij na wieki! Ach, miasto - to miasto,\nwszelkich mych uniesień świadek i mych zgryzot!\nMiasto-Bohater, odznaczone po trzykroć Śląskim Orderem Błyskotliwości\ni dwakroć Medalem Miasta Stu Banków i Jednej Księgarni!\nMiasto o Wapiennym Licu, położone w Kotlinie\nSiedmiu Cementowni, gdzieś na granicy pomiędzy Durnym\noraz Polnym Śląskiem, na Śląsku zwanym czasami Podolskim,\nz uwagi na dużą liczbę ekspatriantów12, nad zaczarowaną,\ngęstą rzeką o barwie sinobrunatnej, z pięknym rtęciowym poblaskiem\nw te dni pogodne, nad spienioną rzeką, po której pływały\nfantastyczne mazutowe figury, a detergentowe piany\nopatulały przęsła mostów i oblepiały idących górą na spacer przechodniów;\nnad niezgłębioną rzeką, zamieszkaną przez rzeczne potwory,\nwodniki, rybole i zmutowane karpie.\nMiasto rodzinne, otoczone przez doskonale urządzone lasy\nz zasadzonymi równym szeregiem drzewami, salutującymi\n10 Tomasz Różycki (ur. 1970) - współczesny poeta i tłumacz; w 2004 r. otrzymał Nagrodę Kościelskich\nza Dwanaście stacji\n11 tumor - nowotwór, guz\n12 ekspatriant - człowiek, który przymusowo lub dobrowolnie opuścił ojczyznę\nPoziom rozszerzony\n9\njuż z dala pędzącym trasą przelotową autokarom;\nmiasto okalane przez lasy papierkowe, naturalne ubikacje\nsetek wędrowców, miasto porosłe wapiennym kołnierzem,\nzasypane popiołem, z pięknymi archaicznie spękanymi blokowiskami\npiętrzącymi horyzont, ze staropolską hurtownią z falistej blachy,\nze śmiejącym się zgiełkiem plansz, reklam, szyldów, słupów, kabli,\nze swoim niewymuszonym błotem, ze swym krwiobiegiem autobusów,\ntaksówek, ciężarówek, przesłonięte ołowiową mgłą,\npod spalinową tęczą co dzień wstające, żywe, żywe miasto.\nAch, jakże chciałbym ci powiedzieć: „Żegnaj!”.\nWłaśnie w tym mieście, we wschodniej dzielnicy,\nnieopodal torów kolejowych i trzech barów piwnych,\npośród kałuż i wielkich błotnych zagonów, stała kamienica,\ndo której dostęp był od trzech ulic trzema bramami,\na przy nich stróżowały gromady pijaków i miejscowych meneli. […]\nTam to właśnie, klucząc pośród kałuż, szedł nasz Bohater,\nnie tak już młody jak niegdyś, ale jeszcze chyży.\nWszedł zatem przez otwarte na oścież drzwi klatki schodowej\ni potem dalej, prosto do mieszkania na parterze.\nNajpierw zapukał, tak, zapukał i odczekał chwilę,\nale nie słysząc żadnej odpowiedzi, nacisnął klamkę.\n[…] Nasz Bohater chodził po mieszkaniu z westchnieniem\nżałosnym, wciąż się rozglądając po różnych kątach i różnych pokojach\nza panią domu. Ach, jakże wiele się łączyło wspomnień z tymi ścianami,\ntego nie uniesie pióro żadnego literata ni jego komputer tego nie zrozumie!\nOto słynny prastary fotel wielogarbny, na którym usiąść\nbyło niewidzianą sztuką i który zrzucał zaraz niebacznych intruzów\nniby nieokiełznany wielbłąd - tak sprężyny w nim pracowały […].\nOto i szuflada, w której chowane były najróżniejsze sprzęty,\npapiery, klucze, młotek i obcążki, drewniane linijki,\ngumki od słoików, zakrętki, ołówki oraz niepojęte w istocie,\nprzeznaczeniu oraz pochodzeniu części czegoś większego.\n[…] Oto na półkach postawione\nCiężkie księgi, które zawierały wszelkie tajemnice istnienia i życia,\nw ciemnych, zdobionych bogato oprawach, zapisane szyfrem,\nsekretnym pismem zwanym też gotykiem. […]\nW drugim tomie księgi retuszowane zdjęcia,\nopatrzone w dole kabalistycznym pismem, prezentowały niezwykle\nokazałych przedstawicieli rasy białej, aryjskiej,\nw najczystszym swym nordyckim wydaniu, o włosach w kolorze\nsłomy, oczach niebieskich albo bez koloru, z płcią swą przysłoniętą listkiem\nfigowym jakby od niechcenia, prężących się w pozycjach\ngreckich herosów z pierwszej olimpiady. Kobiety przy tym występowały\njako boginie z odsłoniętym biustem. Gimnastyczne pozycje,\nprzybrane z powagą, podkreślaną niezwykle dramatycznym wyrazem twarzy\ni groźnym spojrzeniem, zdawały się więc być całkiem niemożliwe\ndo przyjęcia przez zwykłych śmiertelnych. Był tam groźny rozkrok,\nbył bieg dostojny, poważny;\nbyło bohaterskie napinanie łuku oraz rzut oszczepem,\ndyskiem, pchnięcie kulą; było sześć rodzajów morderczych przyklęków;\nbył w końcu mniej przystojny karkołomny przysiad,\nktóremu tragizmu jednak przydawała straszna mina herosa wyznająca grozę.\nPoziom rozszerzony\n10\nZ tejże księgi, pozostawionej w mieszkaniu przez wcześniejszych\njego lokatorów, państwa Petersów, przedstawicieli narodu germańskiego\nRzeszy Niemieckiej w wersji Tysiącletniej, nasz skromny Bohater\nuczył się życia i szacunku dla jego objawów.\nStąd też w nim się wzięła później wyjawiona trwoga\nwobec gwałtownych wysiłków cielesnych, które wymagały\nprzynajmniej boskiej postaci i nieludzkiej odwagi, jak uczyła księga,\nwobec czego wolał wybrać karierę intelektualną, nad wszystkie wysiłki\nprzedkładając poruszanie gałkami w momencie czytania […].\nWreszcie wszedł do pokoju szczególniej znanego i przez to\nteż jakby cichą mgłą owianego wspomnieniami z dzieciństwa.\nTam, ciężko sapiąc, stanął tuż przy oknie, które wychodziło\nna mały ogródek, spoczynek dla oka. Zanim jednak zdążył obejrzeć\njabłonkę, zobaczył na parapecie znajomą wystawę:\nw pudełkach z tworzyw sztucznych, plastikowych miskach\ni w wypełnionych ziemią głębokich doniczkach rosły małe trawki,\nnad wyraz ostrożnie kierując się ku światłu.\nI tak w pojemniku po margarynie wyśmienitej do smarowania rosły\nniepowstrzymanie olbrzymie pomidory, już prawie gotowe do zmiany\nmiejsca zamieszkania, w kubku po jogurcie selery, pory i dalej boćwinka\nw pudełku po śledziu i słonych rolmopsach, potem kwiatki: tulipan,\nktóry się rozwinął i inne, mało znane, ale już dojrzałe,\noczekujące na przesadzenie w inne okolice. Ta wiosna,\nten widok na roślinny mikrokosmos nagle napotkany we wnętrzu pokoju\nzupełnie już z naszego wędrowca zdjął zmęczenie\ni przywrócił przyrodzoną mu wesołość oraz optymizm,\nco się objawiały szczerymi wybuchami wilgotnego śmiechu.\nTak też i teraz pewnie by się mogło zdarzyć, gdyby nasz Bohater\nnagle nie zobaczył wreszcie pani domu, Babci, która właśnie z ganku\nwracała do kuchni, niosąc pustą rynkę - tak tu nazywano\ngarnki oraz rondle - z której zrzuciła na schody resztki\npozostałe z obiadu, kartofle i stary gulasz dla kotów przybiegłych\nna znajomy odgłos ze wszystkich okolicznych piwnic.\nNastąpiło witanie, niezwykle radosne […].\nTomasz Różycki, Dwanaście stacji, Kraków 2004\nna temat nr\nPoziom rozszerzony\n11\nPoziom rozszerzony\n12\nPoziom rozszerzony\n13\nPoziom rozszerzony\n14\nPoziom rozszerzony\n15\nBRUDNOPIS (nie podlega ocenie)","answer":null,"answer_text":"10.\nDziennikarze w swej pracy zawodowej wypełniają społeczne oczekiwania,\nsą ustawicznie zorientowani na potencjalnych odbiorców, którym pragną przekazać zdobyte\ninformacje. A zatem zbierają dane, przetwarzają je i czasem nimi manipulują. W przeszłości\nzapotrzebowania przeciętnego obywatela zaspokajało jego otoczenie. Dokonywało się to\nnajczęściej w postaci nieformalnych przekazów: „od ludzi do ludzi”. Ten tradycyjny przekaz\nzostał współcześnie zastąpiony przez masowe, często zdepersonalizowane formy\nprzekazywania informacji. […]","solution":null,"image":"img/jezyk-polski-2007-maj-matura-rozszerzona/zad-10.webp","solution_image":null,"topics":null,"page_from":6,"source":"ocr","answer_source":null,"answer_text_source":"ocr","solution_source":null,"text_source":"ocr","source_label":"Język polski · Matura · maj 2007 (rozszerzona)","subject_label":"Język polski","category_label":"Matura","text_html":"<p>Zadanie 10. (1 pkt)<br>Wymień dwie wskazane przez autorkę tekstu różnice między dziennikarstwem dawnym<br>a współczesnym.<br>Część II - pisanie własnego tekstu w związku z tekstem literackim zamieszczonym w arkuszu.<br>Wybierz temat i napisz wypracowanie nie krótsze niż dwie strony (około 250 słów).<br>Temat 1. Dwa obrazy prowincji. Porównaj sposoby ich kreacji w podanych fragmentach<br>Pani Bovary Gustawa Flauberta i Republiki marzeń Brunona Schulza.<br>Gustaw Flaubert Pani Bovary<br>Yonville-Opactwo to spore osiedle nazwane tak od starego opactwa kapucynów,<br>po którym zaginął nawet ślad ruin. Leży ono o osiem mil od Rouen, między drogą<br>do Abbeville a drogą do Beauvais.<br>Jesteśmy tu na pograniczu Normandii, Pikardii i Île-de-France, w kraju pozbawionym<br>własnego oblicza, gdzie język nie ma żadnego akcentu, a pejzaż jest bez charakteru.<br>Do 1835 roku nie było żadnej znośnej drogi do Yonville. Ale w tym okresie<br>przeprowadzono drogę komunalną, która połączyła gościńce wiodące do Abbeville<br>i do Amiens. Korzystają z niej czasem dyliżanse jadące z Rouen do Flandrii. Ale mimo tych<br>nowych możliwości Yonville pozostało osiedlem martwym. Zamiast podnieść uprawę roli,<br>mieszkańcy jego upierają się przy pastwiskach, mimo że są one zupełnie bezwartościowe,<br>i leniwe miasteczko odsuwając się od pól ciąży ku rzece.<br>U stóp pagórka, za mostem, aleja wysadzana młodą osiczyną prowadzi wprost<br>do pierwszych domków miasteczka. Domki te, ogrodzone żywopłotem, otaczają rozmaitego<br>rodzaju zabudowania gospodarskie, tłoczarnie, wozownie, destylarnie. Na otynkowanych<br>ścianach, po których przebiegają ukośnie sczerniałe belki, rozpięta bywa czasem mizerna<br>grusza, a drzwi wejściowe mają u dołu małą obrotową furteczkę dla ochrony przed<br>kurczętami, które przychodzą na próg dziobać okruszyny czarnego chleba. Podwórza stają się<br>jednak coraz węższe, domy zbliżają się do siebie, znikają żywopłoty. Mija się kuźnię, a potem<br>domek kołodzieja.<br>Same hale, to znaczy szopa, pokryta dachówką i wsparta na dwudziestu słupach,<br>zajmują prawie połowę głównego placu Yonville. Merostwo w stylu greckiej świątyni,<br>zbudowane według rysunku architekta z Paryża, tworzy narożnik sąsiadujący z domem<br>aptekarza. [ ]<br>Poziom rozszerzony<br>7<br>Poza tym nie ma już w Yonville nic do zobaczenia. Ulica (jedyna zresztą), długa<br>na odległość wystrzału, przy której stoi kilka sklepików, urywa się nagle na zakręcie. [ ]<br>Od czasu wydarzeń, o których tu opowiemy, nic się w istocie nie zmieniło w Yonville.<br>Na szczycie dzwonnicy obraca się blaszana, trójkolorowa chorągiewka, a nad sklepem<br>galanteryjnym powiewają dwie perkalowe wstęgi. Embriony aptekarza, podobne do białej<br>hubki, psują się coraz bardziej w zmętniałym spirytusie, a nad wielką bramą wjazdową oberży<br>wypłowiały od deszczu, stary złoty lew ukazuje przechodniom fryzowaną jak u pudla grzywę.<br>1857<br>(Gustaw Flaubert, Pani Bovary, przeł. Aniela Micińska, Warszawa 1976)<br>Bruno Schulz Republika marzeń<br>Tam gdzie mapa kraju staje się już bardzo południowa, płowa od słońca, pociemniała<br>i spalona od pogód lata, jak gruszka dojrzała - tam leży ona, jak kot w słońcu - ta wybrana<br>kraina, ta prowincja osobliwa, to miasto jedyne na świecie. Daremnie mówić o tym<br>profanom! Daremnie tłumaczyć, że tym długim falistym językiem ziemi, którym dyszy ten<br>kraj w skwarze lata, tym kanikularnym7 przylądkiem ku Południowi, tą odnogą wsuniętą<br>samotnie między smagłe węgierskie winnice - oddziela się ten partykularz8 od zespołu krainy<br>i idzie samopas, w pojedynkę, nie wypróbowaną drogą, próbuje na własną rękę być światem.<br>Miasto to i kraina zamknęły się w samowystarczalny mikrokosmos, zainstalowały się<br>na własne ryzyko na samym brzegu wieczności.<br>Ogródki przedmiejskie stoją jakby na krawędzi świata i patrzą poprzez parkany<br>w nieskończoność anonimowej równiny. Tuż za rogatkami mapa kraju staje się bezimienna<br>i kosmiczna, jak Kanaan9. Nad tym skrawkiem ziemi wąskim i straconym otworzyło się raz<br>jeszcze niebo głębsze i rozleglejsze niż gdzie indziej, niebo ogromne jak kopuła,<br>wielopiętrowe i chłonące, pełne niedokończonych fresków i improwizacyj, lecących draperyj<br>i gwałtownych wniebowstąpień.<br>Jak to wyrazić? Gdy inne miasta rozwinęły się w ekonomikę, wyrosły w cyfry<br>statystyczne, w liczebność - miasto nasze zstąpiło w esencjonalność. Tu nie dzieje się nic<br>na darmo, nic nie zdarza się bez głębokiego sensu i bez premedytacji. Tu zdarzenia nie są<br>efemerycznym fantomem na powierzchni, tu mają one korzenie w głąb rzeczy i sięgają istoty.<br>[ ]<br>Teraz na przykład podwórza toną w pokrzywach i chwastach, szopy i komórki krzywe<br>i omszone zapadają po pachy w ogromne łopuchy spiętrzone aż po okapy gontowych dachów.<br>Miasto stoi pod znakiem zielska, dzikiej, żarliwej, fanatycznej wegetacji, wystrzelającej tanią<br>i lichą zieleniną, trującą, zjadliwą i pasożytniczą. To zielsko pali się zażegnięte słońcem,<br>tchawki liści dyszą płonącym chlorofilem - armie pokrzyw, wybujałe i żarłoczne, pożerają<br>kultury kwiatowe, wdzierają się do ogrodów, zarastają przez noc tylne nie dozorowane ściany<br>domów i stodół, plenią się w rowach przydrożnych. [ ]<br>W te dni cóż robić, dokąd uciec od żaru, od ciężkiego snu, który wali się zmorą<br>na piersi w gorącej godzinie południa? W te dni, bywało, matka wynajmowała powóz<br>i wyjeżdżaliśmy wszyscy stłoczeni w jego czarnym pudle za miasto [ ].<br>W tych dniach dalekich powzięliśmy po raz pierwszy z kolegami ową myśl<br>niemożliwą i absurdalną, ażeby powędrować jeszcze dalej poza zdrojowisko, w kraj już<br>niczyj i boży, w pogranicze sporne i neutralne, gdzie gubiły się rubieże państw, a róża<br>wiatrów wirowała błędnie pod niebem wysokim i spiętrzonym. Tam chcieliśmy się<br>oszańcować, uniezależnić od dorosłych, wyjść poza obręb ich sfery, proklamować republikę<br>7 kanikuła (łac.) - u starożytnych Rzymian pora roku, w której Słońce znajduje się w gwiazdozbiorze Psa (od 22<br>czerwca do 23 sierpnia); okres największych upałów<br>8 partykularz (łac.) - miejscowość lub kraina odcięta od świata, zapadły kąt<br>9 Kanaan - biblijna kraina, w której mieszkał Jakub i jego ród<br>Poziom rozszerzony<br>8<br>młodych. [ ] Miało to być życie pod znakiem poezji i przygody, nieustannych olśnień<br>i zadziwień. [ ]<br>Miała to być forteca opanowująca okolicę - na wpół twierdza, na wpół teatr, na wpół<br>laboratorium wizyjne. Cała natura miała być wprzęgnięta w jego orbitę. Jak u Szekspira, teatr<br>ten wybiegał w naturę, niczym nie odgraniczony, wrastający w rzeczywistość, biorący<br>w siebie impulsy i natchnienie z wszystkich żywiołów, falujący z wielkimi przypływami<br>i odpływami naturalnych obiegów. Tu miał być punkt węzłowy wszystkich procesów<br>przebiegających wielkie ciało natury, tu miały wchodzić i wychodzić wszystkie wątki<br>i fabuły, jakie majaczyły się w jej wielkiej i mglistej duszy. Chcieliśmy, jak Don Kichot,<br>wpuścić w nasze życie koryto wszystkich historyj i romansów, otworzyć jego granice<br>dla wszystkich intryg, zawikłań i perypetyj, jakie zawiązują się w wielkiej atmosferze<br>przelicytowującej się w fantastycznościach [ ] - jesteśmy wszak wszyscy z natury<br>marzycielami, braćmi spod znaku kielni, jesteśmy z natury budowniczymi<br>1936<br>(Bruno Schulz, Opowiadania. Wybór esejów i listów, BN 1998)<br>Temat 2. Obraz małej ojczyzny w początkowym fragmencie poematu Tomasza<br>Różyckiego10 Dwanaście stacji. Jaką rolę odgrywają w tym tekście nawiązania<br>do Pana Tadeusza?<br>Tomasz Różycki Dwanaście stacji<br>Był marzec, bardzo ciemny i bardzo szalony, taki, jakie bywają<br>często w tej części Europy nad Odrą, w przedwcześnie poszarzałym mieście,<br>które nazywało się Opole, po niemiecku Oppeln.<br>To miasto, choroba moja! Prątek czarnej żółci, smutny tumor11<br>Rozrastający się w duszy - jakże cię nienawidzę, miasto!<br>Zostawić cię, wyjechać, opuścić na zawsze! Namolny<br>koszmarze, potworze bez duszy, bez twarzy zarazku!<br>Zgiń, przepadnij, zły duchu, smogu marnych życzeń,<br>porzuconych planów, marzeń, przekleństwo każdego ranka,<br>przepadnij na wieki! Ach, miasto - to miasto,<br>wszelkich mych uniesień świadek i mych zgryzot!<br>Miasto-Bohater, odznaczone po trzykroć Śląskim Orderem Błyskotliwości<br>i dwakroć Medalem Miasta Stu Banków i Jednej Księgarni!<br>Miasto o Wapiennym Licu, położone w Kotlinie<br>Siedmiu Cementowni, gdzieś na granicy pomiędzy Durnym<br>oraz Polnym Śląskiem, na Śląsku zwanym czasami Podolskim,<br>z uwagi na dużą liczbę ekspatriantów12, nad zaczarowaną,<br>gęstą rzeką o barwie sinobrunatnej, z pięknym rtęciowym poblaskiem<br>w te dni pogodne, nad spienioną rzeką, po której pływały<br>fantastyczne mazutowe figury, a detergentowe piany<br>opatulały przęsła mostów i oblepiały idących górą na spacer przechodniów;<br>nad niezgłębioną rzeką, zamieszkaną przez rzeczne potwory,<br>wodniki, rybole i zmutowane karpie.<br>Miasto rodzinne, otoczone przez doskonale urządzone lasy<br>z zasadzonymi równym szeregiem drzewami, salutującymi<br>10 Tomasz Różycki (ur. 1970) - współczesny poeta i tłumacz; w 2004 r. otrzymał Nagrodę Kościelskich<br>za Dwanaście stacji<br>11 tumor - nowotwór, guz<br>12 ekspatriant - człowiek, który przymusowo lub dobrowolnie opuścił ojczyznę<br>Poziom rozszerzony<br>9<br>już z dala pędzącym trasą przelotową autokarom;<br>miasto okalane przez lasy papierkowe, naturalne ubikacje<br>setek wędrowców, miasto porosłe wapiennym kołnierzem,<br>zasypane popiołem, z pięknymi archaicznie spękanymi blokowiskami<br>piętrzącymi horyzont, ze staropolską hurtownią z falistej blachy,<br>ze śmiejącym się zgiełkiem plansz, reklam, szyldów, słupów, kabli,<br>ze swoim niewymuszonym błotem, ze swym krwiobiegiem autobusów,<br>taksówek, ciężarówek, przesłonięte ołowiową mgłą,<br>pod spalinową tęczą co dzień wstające, żywe, żywe miasto.<br>Ach, jakże chciałbym ci powiedzieć: „Żegnaj!”.<br>Właśnie w tym mieście, we wschodniej dzielnicy,<br>nieopodal torów kolejowych i trzech barów piwnych,<br>pośród kałuż i wielkich błotnych zagonów, stała kamienica,<br>do której dostęp był od trzech ulic trzema bramami,<br>a przy nich stróżowały gromady pijaków i miejscowych meneli. […]<br>Tam to właśnie, klucząc pośród kałuż, szedł nasz Bohater,<br>nie tak już młody jak niegdyś, ale jeszcze chyży.<br>Wszedł zatem przez otwarte na oścież drzwi klatki schodowej<br>i potem dalej, prosto do mieszkania na parterze.<br>Najpierw zapukał, tak, zapukał i odczekał chwilę,<br>ale nie słysząc żadnej odpowiedzi, nacisnął klamkę.<br>[…] Nasz Bohater chodził po mieszkaniu z westchnieniem<br>żałosnym, wciąż się rozglądając po różnych kątach i różnych pokojach<br>za panią domu. Ach, jakże wiele się łączyło wspomnień z tymi ścianami,<br>tego nie uniesie pióro żadnego literata ni jego komputer tego nie zrozumie!<br>Oto słynny prastary fotel wielogarbny, na którym usiąść<br>było niewidzianą sztuką i który zrzucał zaraz niebacznych intruzów<br>niby nieokiełznany wielbłąd - tak sprężyny w nim pracowały […].<br>Oto i szuflada, w której chowane były najróżniejsze sprzęty,<br>papiery, klucze, młotek i obcążki, drewniane linijki,<br>gumki od słoików, zakrętki, ołówki oraz niepojęte w istocie,<br>przeznaczeniu oraz pochodzeniu części czegoś większego.<br>[…] Oto na półkach postawione<br>Ciężkie księgi, które zawierały wszelkie tajemnice istnienia i życia,<br>w ciemnych, zdobionych bogato oprawach, zapisane szyfrem,<br>sekretnym pismem zwanym też gotykiem. […]<br>W drugim tomie księgi retuszowane zdjęcia,<br>opatrzone w dole kabalistycznym pismem, prezentowały niezwykle<br>okazałych przedstawicieli rasy białej, aryjskiej,<br>w najczystszym swym nordyckim wydaniu, o włosach w kolorze<br>słomy, oczach niebieskich albo bez koloru, z płcią swą przysłoniętą listkiem<br>figowym jakby od niechcenia, prężących się w pozycjach<br>greckich herosów z pierwszej olimpiady. Kobiety przy tym występowały<br>jako boginie z odsłoniętym biustem. Gimnastyczne pozycje,<br>przybrane z powagą, podkreślaną niezwykle dramatycznym wyrazem twarzy<br>i groźnym spojrzeniem, zdawały się więc być całkiem niemożliwe<br>do przyjęcia przez zwykłych śmiertelnych. Był tam groźny rozkrok,<br>był bieg dostojny, poważny;<br>było bohaterskie napinanie łuku oraz rzut oszczepem,<br>dyskiem, pchnięcie kulą; było sześć rodzajów morderczych przyklęków;<br>był w końcu mniej przystojny karkołomny przysiad,<br>któremu tragizmu jednak przydawała straszna mina herosa wyznająca grozę.<br>Poziom rozszerzony<br>10<br>Z tejże księgi, pozostawionej w mieszkaniu przez wcześniejszych<br>jego lokatorów, państwa Petersów, przedstawicieli narodu germańskiego<br>Rzeszy Niemieckiej w wersji Tysiącletniej, nasz skromny Bohater<br>uczył się życia i szacunku dla jego objawów.<br>Stąd też w nim się wzięła później wyjawiona trwoga<br>wobec gwałtownych wysiłków cielesnych, które wymagały<br>przynajmniej boskiej postaci i nieludzkiej odwagi, jak uczyła księga,<br>wobec czego wolał wybrać karierę intelektualną, nad wszystkie wysiłki<br>przedkładając poruszanie gałkami w momencie czytania […].<br>Wreszcie wszedł do pokoju szczególniej znanego i przez to<br>też jakby cichą mgłą owianego wspomnieniami z dzieciństwa.<br>Tam, ciężko sapiąc, stanął tuż przy oknie, które wychodziło<br>na mały ogródek, spoczynek dla oka. Zanim jednak zdążył obejrzeć<br>jabłonkę, zobaczył na parapecie znajomą wystawę:<br>w pudełkach z tworzyw sztucznych, plastikowych miskach<br>i w wypełnionych ziemią głębokich doniczkach rosły małe trawki,<br>nad wyraz ostrożnie kierując się ku światłu.<br>I tak w pojemniku po margarynie wyśmienitej do smarowania rosły<br>niepowstrzymanie olbrzymie pomidory, już prawie gotowe do zmiany<br>miejsca zamieszkania, w kubku po jogurcie selery, pory i dalej boćwinka<br>w pudełku po śledziu i słonych rolmopsach, potem kwiatki: tulipan,<br>który się rozwinął i inne, mało znane, ale już dojrzałe,<br>oczekujące na przesadzenie w inne okolice. Ta wiosna,<br>ten widok na roślinny mikrokosmos nagle napotkany we wnętrzu pokoju<br>zupełnie już z naszego wędrowca zdjął zmęczenie<br>i przywrócił przyrodzoną mu wesołość oraz optymizm,<br>co się objawiały szczerymi wybuchami wilgotnego śmiechu.<br>Tak też i teraz pewnie by się mogło zdarzyć, gdyby nasz Bohater<br>nagle nie zobaczył wreszcie pani domu, Babci, która właśnie z ganku<br>wracała do kuchni, niosąc pustą rynkę - tak tu nazywano<br>garnki oraz rondle - z której zrzuciła na schody resztki<br>pozostałe z obiadu, kartofle i stary gulasz dla kotów przybiegłych<br>na znajomy odgłos ze wszystkich okolicznych piwnic.<br>Nastąpiło witanie, niezwykle radosne […].<br>Tomasz Różycki, Dwanaście stacji, Kraków 2004<br>na temat nr<br>Poziom rozszerzony<br>11<br>Poziom rozszerzony<br>12<br>Poziom rozszerzony<br>13<br>Poziom rozszerzony<br>14<br>Poziom rozszerzony<br>15<br>BRUDNOPIS (nie podlega ocenie)</p>","answer_text_html":"<p>10.<br>Dziennikarze w swej pracy zawodowej wypełniają społeczne oczekiwania,<br>są ustawicznie zorientowani na potencjalnych odbiorców, którym pragną przekazać zdobyte<br>informacje. A zatem zbierają dane, przetwarzają je i czasem nimi manipulują. W przeszłości<br>zapotrzebowania przeciętnego obywatela zaspokajało jego otoczenie. Dokonywało się to<br>najczęściej w postaci nieformalnych przekazów: „od ludzi do ludzi”. Ten tradycyjny przekaz<br>został współcześnie zastąpiony przez masowe, często zdepersonalizowane formy<br>przekazywania informacji. […]</p>","solutions":[]}