{"id":"jezyk-polski-2008-maj-matura-rozszerzona/zad/Temat 2","paper_id":"jezyk-polski-2008-maj-matura-rozszerzona","number":"Temat 2","points":null,"ptype":"open","subject":"jezyk-polski","category":"matura","year":2008,"month":"maj","level":"rozszerzona","text":"Temat 2. Rola słów w relacjach międzyludzkich.\nAnalizując i interpretując fragment powieści Wiesława Myśliwskiego Kamień\nna kamieniu oraz wiersz Tadeusza Różewicza Słowa, zwróć uwagę\nna przedstawione sytuacje i sposoby kreowania podmiotu mówiącego.\nWiesław Myśliwski Kamień na kamieniu (fragment)\nPostanowiłem napisać list do Antka i Staśka w sprawie tego grobu. Poszedłem\ndo spółdzielni, kupiłem papier, obsadkę, stalówkę, atrament. Bo kiedy ja do kogo list\npisałem? Nie umiałbym sobie nawet przypomnieć. Ani do szkoły z domu nikt teraz\nnie chodził, to nie były potrzebne. Gdzieś się jeszcze pusty kałamarz walał z czasów, kiedy\nmatka jeszcze żyła i do nich pisała. Bo ja ani do nich, choć bracia, nie pisałem, odkąd z domu\nwyszli. Ani oni do mnie. Tak się jakoś układało. Oni w mieście, ja na wsi. Oni swoje życie,\nja swoje. To o czym tu pisać? Co we wsi, miałem im pisać, kiedy może nie bardzo chcieli już\nwsi pamiętać? A pchać się ze swoim życiem w czyjeś życie, choćby brat bratu, co to komu\npomoże? Zresztą raz na dwa, trzy lata któryś wpadał, to się mniej więcej wiedziało,\nco u niego. Ten był za granicą, a ten kupił samochód. Ten dostał mieszkanie, ma trzy pokoje\nz kuchnią, a ten się z żoną rozszedł i drugi raz się ożenił. Ten ma córkę i syna, a ten tylko\nsyna, ale nie chce się coś uczyć. A co u mnie, no, to kiedy umarła matka, wysłałem im\ntelegram: „Matka umarła. Przyjeżdżajcie”. A za parę lat drugi: „Ojciec umarł.\nPrzyjeżdżajcie.” I to wszystko, co u mnie. Zresztą, gdyby nawet więcej, czy chcieliby\nsłuchać? […]\nAle grób to grób, raz na całe życie się buduje, to musiałem ich spytać, czy chcą razem\nze wszystkimi leżeć, bo zaplanowałem osiem kwater, żeby dla nich też było. Czy może wolą\ntam, u siebie, to bym sobie kosztów darmo nie robił i mniejszy bym postawił. A choć życzę\nim, niech żyją jak najdłużej w szczęściu, zdrowiu, to przecież kiedyś wszyscy muszą umrzeć,\nbo wszyscy, co żyjemy, umrzemy. I niech mi zaraz odpiszą, bo mam miejsce wykupione,\ncement załatwiłem, i z Chmielem jestem ugadany. […]\nChyba po miesiącu przyszedł list od nich, że przyjeżdżają w najbliższą niedzielę.\nNie wiedziałem, wierzyć, czy nie wierzyć. Ale wysprzątałem izbę. Oblekłem pościel.\nPrzyniosłem ze strychu pierzynę po matce, bo była największa. A choć w jednym łóżku mieli\nspać, to dwie poduszki im dałem, żeby głowy mieli osobno. I słomę w sienniku zmieniłem.\nDwa snopki cepami wymłóciłem, żeby mieli nie zmierzwioną. Choć mi z trudem przyszło\nustać na tych moich kulasach. Musiałem sobie sieczkarnię pod plecy przyciągnąć i się na niej\noprzeć, bo nie dałbym rady. I nawet im suszonej macierzanki przeciw pchłom\npod prześcieradło pokładłem, jak robiła to matka. […]\nPrzyjechali. Ale ledwo co w próg weszli, dzień dobry, dzień dobry i od razu zaczęli się\nze mną kłócić. A to, że nie ma u mnie na czym usiąść, tylko wciąż ta sama stara ława i jedno\nkrzesełko. Że stół ten sam od wojny jeszcze. Że podłogi czego sobie nie sprawię? Czego sadu\nnie założę? Czego się nie żenię? Gospodyni mi potrzebna! Na księżniczkę czekam? Czego to,\nczego tamto? Czego? Czego? A o śmierci ani słowa. Jakbym w ogóle do nich listu\nnie napisał.\nTak mnie to ścięło, że mało co się odzywałem. I z tego wszystkiego zapomniałem ich się\nnawet spytać, co u nich? I te pół litra wódki, co kupiłem na ich przyjazd, nie przyznałem się,\nże mam. Bo i po co? Pić pod kłótnię? Może zdarzyć się kiedyś jakaś lepsza okazja. Wtedy się\ni napijemy, i pogadamy jak bracia.\nPoziom rozszerzony\n9\nBo gdy się bracia raz na tyle czasu z sobą spotykają, powinni mieć o czym pogadać.\nO, niejeden dzień, niejedną noc można by przegadać. Gdyby nawet się nie chciało,\nto od czego są słowa? Słowa same poprowadzą. Słowa wszystko na wierzch wywleką. Słowa\ni z najgłębszej głębi wydrą, co gdzieś boli i skowycze. Słowa krwi upuszczą i od razu lżej się\nrobi. I nie tylko obcych, ale i rodzonych braci słowa potrafią odnaleźć dla siebie, że się znów\nbraćmi poczują. Choćby się roznieśli w różne i dalekie strony, słowa ich zawrócą z powrotem\ndo tego jednego ich życia, z którego, jak ze źródła, się poczęli. Bo słowa to wielka łaska. Cóż\nma tak naprawdę człowiek więcej prócz słów dane? I tak nas wszystkich czeka kiedyś wielkie\nmilczenie, to się jeszcze namilczymy. Może przyjdzie nam ściany z bólu drapać\nza najmarniejszym słowem. I każdego słowa niewypowiedzianego na tym świecie do siebie\nbędziemy jak grzechów żałować. Tylko że będzie za późno. A ileż takich słów\nniewypowiedzianych zostaje w każdym człowieku i umiera razem z nim, i gnije z nim, i ani\nmu potem w cierpieniu nie służy, ani w pamięci. To po co jeszcze sami sobie zadajemy\nmilczenie?\nChoć może to była moja wina. Bo kiedy ich zobaczyłem, nie bardzo wiedziałem,\nco powiedzieć, i powiedziałem zwyczajnie:\n- O, przyjechaliście.\nJakby z pola przyjechali, z jarmarku w mieście, z drugiej wsi. A przecież ze świata\nprzyjechali.\nWiesław Myśliwski, Kamień na kamieniu, Warszawa 1984\nTadeusz Różewicz Słowa\nsłowa zostały zużyte\nprzeżute jak guma do żucia\nprzez młode piękne usta\nzamienione w białą\nbańkę balonik\nosłabione przez polityków\nsłużą do wybielania\nzębów\ndo płukania jamy\nustnej\nza mojego dzieciństwa\nmożna było słowo\nprzyłożyć do rany\nmożna było podarować\nosobie ukochanej\nteraz osłabione\nowinięte w gazetę\njeszcze trują cuchną\njeszcze ranią\nukryte w głowach\nukryte w sercach\nukryte pod sukniami\nmłodych kobiet\nukryte w świętych księgach\nwybuchają\nzabijają\n2004\nz tomu Wyjście, Wrocław 2004\nPoziom rozszerzony\n10\nna temat nr\nPoziom rozszerzony\n11\nPoziom rozszerzony\n12\nPoziom rozszerzony\n13\nPoziom rozszerzony\n14\nBRUDNOPIS (nie podlega ocenie)","answer":null,"answer_text":"Temat 2. Rola słów w relacjach międzyludzkich.\nAnalizując i interpretując fragment powieści Wiesława Myśliwskiego Kamień\nna kamieniu oraz wiersz Tadeusza Różewicza Słowa, zwróć uwagę\nna przedstawione sytuacje i sposoby kreowania podmiotu mówiącego.\nWiesław Myśliwski Kamień na kamieniu (fragment)\nPostanowiłem napisać list do Antka i Staśka w sprawie tego grobu. Poszedłem\ndo spółdzielni, kupiłem papier, obsadkę, stalówkę, atrament. Bo kiedy ja do kogo list\npisałem? Nie umiałbym sobie nawet przypomnieć. Ani do szkoły z domu nikt teraz\nnie chodził, to nie były potrzebne. Gdzieś się jeszcze pusty kałamarz walał z czasów, kiedy\nmatka jeszcze żyła i do nich pisała. Bo ja ani do nich, choć bracia, nie pisałem, odkąd z domu\nwyszli. Ani oni do mnie. Tak się jakoś układało. Oni w mieście, ja na wsi. Oni swoje życie,\nja swoje. To o czym tu pisać? Co we wsi, miałem im pisać, kiedy może nie bardzo chcieli już\nwsi pamiętać? A pchać się ze swoim życiem w czyjeś życie, choćby brat bratu, co to komu\npomoże? Zresztą raz na dwa, trzy lata któryś wpadał, to się mniej więcej wiedziało,\nco u niego. Ten był za granicą, a ten kupił samochód. Ten dostał mieszkanie, ma trzy pokoje\nz kuchnią, a ten się z żoną rozszedł i drugi raz się ożenił. Ten ma córkę i syna, a ten tylko\nsyna, ale nie chce się coś uczyć. A co u mnie, no, to kiedy umarła matka, wysłałem im\ntelegram: „Matka umarła. Przyjeżdżajcie”. A za parę lat drugi: „Ojciec umarł.\nPrzyjeżdżajcie.” I to wszystko, co u mnie. Zresztą, gdyby nawet więcej, czy chcieliby\nsłuchać? […]\nAle grób to grób, raz na całe życie się buduje, to musiałem ich spytać, czy chcą razem\nze wszystkimi leżeć, bo zaplanowałem osiem kwater, żeby dla nich też było. Czy może wolą\ntam, u siebie, to bym sobie kosztów darmo nie robił i mniejszy bym postawił. A choć życzę\nim, niech żyją jak najdłużej w szczęściu, zdrowiu, to przecież kiedyś wszyscy muszą umrzeć,\nbo wszyscy, co żyjemy, umrzemy. I niech mi zaraz odpiszą, bo mam miejsce wykupione,\ncement załatwiłem, i z Chmielem jestem ugadany. […]\nChyba po miesiącu przyszedł list od nich, że przyjeżdżają w najbliższą niedzielę.\nNie wiedziałem, wierzyć, czy nie wierzyć. Ale wysprzątałem izbę. Oblekłem pościel.\nPrzyniosłem ze strychu pierzynę po matce, bo była największa. A choć w jednym łóżku mieli\nspać, to dwie poduszki im dałem, żeby głowy mieli osobno. I słomę w sienniku zmieniłem.\nDwa snopki cepami wymłóciłem, żeby mieli nie zmierzwioną. Choć mi z trudem przyszło\nustać na tych moich kulasach. Musiałem sobie sieczkarnię pod plecy przyciągnąć i się na niej\noprzeć, bo nie dałbym rady. I nawet im suszonej macierzanki przeciw pchłom\npod prześcieradło pokładłem, jak robiła to matka. […]\nPrzyjechali. Ale ledwo co w próg weszli, dzień dobry, dzień dobry i od razu zaczęli się\nze mną kłócić. A to, że nie ma u mnie na czym usiąść, tylko wciąż ta sama stara ława i jedno\nkrzesełko. Że stół ten sam od wojny jeszcze. Że podłogi czego sobie nie sprawię? Czego sadu\nnie założę? Czego się nie żenię? Gospodyni mi potrzebna! Na księżniczkę czekam? Czego to,\nczego tamto? Czego? Czego? A o śmierci ani słowa. Jakbym w ogóle do nich listu\nnie napisał.\nTak mnie to ścięło, że mało co się odzywałem. I z tego wszystkiego zapomniałem ich się\nnawet spytać, co u nich? I te pół litra wódki, co kupiłem na ich przyjazd, nie przyznałem się,\nże mam. Bo i po co? Pić pod kłótnię? Może zdarzyć się kiedyś jakaś lepsza okazja. Wtedy się\ni napijemy, i pogadamy jak bracia.\nPoziom rozszerzony\n9\nBo gdy się bracia raz na tyle czasu z sobą spotykają, powinni mieć o czym pogadać.\nO, niejeden dzień, niejedną noc można by przegadać. Gdyby nawet się nie chciało,\nto od czego są słowa? Słowa same poprowadzą. Słowa wszystko na wierzch wywleką. Słowa\ni z najgłębszej głębi wydrą, co gdzieś boli i skowycze. Słowa krwi upuszczą i od razu lżej się\nrobi. I nie tylko obcych, ale i rodzonych braci słowa potrafią odnaleźć dla siebie, że się znów\nbraćmi poczują. Choćby się roznieśli w różne i dalekie strony, słowa ich zawrócą z powrotem\ndo tego jednego ich życia, z którego, jak ze źródła, się poczęli. Bo słowa to wielka łaska. Cóż\nma tak naprawdę człowiek więcej prócz słów dane? I tak nas wszystkich czeka kiedyś wielkie\nmilczenie, to się jeszcze namilczymy. Może przyjdzie nam ściany z bólu drapać\nza najmarniejszym słowem. I każdego słowa niewypowiedzianego na tym świecie do siebie\nbędziemy jak grzechów żałować. Tylko że będzie za późno. A ileż takich słów\nniewypowiedzianych zostaje w każdym człowieku i umiera razem z nim, i gnije z nim, i ani\nmu potem w cierpieniu nie służy, ani w pamięci. To po co jeszcze sami sobie zadajemy\nmilczenie?\nChoć może to była moja wina. Bo kiedy ich zobaczyłem, nie bardzo wiedziałem,\nco powiedzieć, i powiedziałem zwyczajnie:\n- O, przyjechaliście.\nJakby z pola przyjechali, z jarmarku w mieście, z drugiej wsi. A przecież ze świata\nprzyjechali.\nWiesław Myśliwski, Kamień na kamieniu, Warszawa 1984\nTadeusz Różewicz Słowa\nsłowa zostały zużyte\nprzeżute jak guma do żucia\nprzez młode piękne usta\nzamienione w białą\nbańkę balonik\nosłabione przez polityków\nsłużą do wybielania\nzębów\ndo płukania jamy\nustnej\nza mojego dzieciństwa\nmożna było słowo\nprzyłożyć do rany\nmożna było podarować\nosobie ukochanej\nteraz osłabione\nowinięte w gazetę\njeszcze trują cuchną\njeszcze ranią\nukryte w głowach\nukryte w sercach\nukryte pod sukniami\nmłodych kobiet\nukryte w świętych księgach\nwybuchają\nzabijają\n2004\nz tomu Wyjście, Wrocław 2004\nPoziom rozszerzony\n10\nna temat nr 1\nOpowiadanie Sławomira Mrożka pt. Lolo wpisuje się w nurt satyry\nantysystemowej lat 60.-70. XX wieku, przyjmującej formułę paraboli.\nDoświadczenia totalitaryzmu, przetworzone przez Mrożkowską wyobraźnię\ni poczucie humoru, przynoszą opowieść uniwersalną, prostą, a mimo to pełną\nukrytych znaczeń. Przyzwyczajeni jesteśmy odczytywać historyjki o zwierzętach\nw kontekście tradycji literackiej (bajka ezopowa) i poszukujemy pouczającej\npuenty. Tym razem jednak puenta nie brzmi jak morał. Jest raczej próbą\nrefleksji nad światem, na co wskazuje niepokojące pytanie, kończące\nopowiadanie:\n„Tutaj on nie zginie i ja przy nim nie zginę.\nWięc czemu się niepokoję?”\nGłównym bohaterem opowiadania i narratorem zarazem jest szczur,\nzamknięty z innym szczurem o imieniu Lolo w laboratoryjnej klatce. Zabieg\npersonifikacji bohatera stwarza sytuację komiczną, gdy mowa jest o naciskaniu\nklawiszy i wyskakującej w nagrodę słonince. Sytuacja narratora jednak jest\nniedobra. Nie umie naciskać odpowiednich klawiszy, więc zwykle przymiera\ngłodem. W tej rzeczywistości należy zachowywać się tak, jak życzy sobie pan\nz brodą, twórca laboratorium. Klawisze niczym się nie różnią, narrator stara\nsię, ale nie może dobrze trafić, Lolo natomiast opływa w dostatki. Zatem\nprzyczyna niepowodzeń narratora tkwi zapewne w różnicy między nim a Lolem.\nOto trafił do systemu, w którym promuje się uległość, nieświadomość,\nposłuszeństwo.\nSzczury to inteligentne zwierzęta, mówi nauka. Z drugiej strony w tradycji\nliterackiej, np. w bajkach Krasickiego, szczury były alegorią pychy\ni zarozumiałości. Być może Mrożek wybiera takich niejednoznacznych\nbohaterów do swojego opowiadania, aby prawdziwie portretowali postawy\nludzi. Dwa szczury to dwie postawy: człowieka łatwo odnajdującego się\nw rzeczywistości zniewolenia (Lolo) i człowieka, który nie umie się przystosować\n(narrator).\nLolo jest głupcem i pyszałkiem, wygłaszającym nadęte tyrady, a mimo to\nświetnie funkcjonuje w laboratoryjnej rzeczywistości. Narrator jest sprytny\ni zaradny, ale nie może sprostać „klatkowemu systemowi”. Aby nie zginąć\nz głodu, muszę sobie radzić inaczej - mówi narrator i uczy się wykorzystywać\npróżność Lola, zasypując go pochlebstwami. Jego zdanie „Trzeba żyć” brzmi\njak próba usprawiedliwienia płaskich metod, które wybiera, aby jakoś zaspokoić\ngłód. Współpraca z tym, kto głupi i prostak, byłaby wstydem i hańbą\nw normalnym świecie, ale sytuacja w klatce jest nadzwyczajna. Inteligencja to\nprzecież umiejętność radzenia sobie i przystosowywania się do trudnych\nwarunków. Narrator nie zastanawia się nad poczuciem godności, która każe\nPoziom rozszerzony\n11\nimponderabilia postawić wyżej niż życie w upodleniu, on pragnie jedynie\nzaspokoić dojmujący głód. Pochlebstwa przynoszą pożądany efekt.\nPróżny i syty Lolo oddaje swoją słoninkę, aby usłyszeć kolejną porcję\npochwał. Wydaje mu się, że w tym miejscu i czasie to on dominuje. Snuje plany\npodboju świata, wybicia się na przywódcę szczurzego ludu, ustanowienia\nszczurów na szczycie zwierzęcej hierarchii. Przy okazji kompromituje się swoją\nniewiedzą o stanie techniki i wynalazków (chce wynaleźć koło), ujawnia swoje\nogólne prostactwo posługując się ubogim językiem opisu. („Już coś mi świta.\nWynajdziemy\ncoś\nCoś\ntakiego ”)\nW\ntej\nkonfrontacji\npostawy\npodporządkowania okazuje się istotą zdolną do autorefleksji i autooceny; ma\nlęki i niepokoje, a przede wszystkim ma przeczucie zagrożenia, które objawia się\nw snach i w tajemnym głosie, nakazującym mu ucieczkę z laboratorium.\nKlatka jest zamkniętym światem, całkowicie zależnym od pana z brodą. Istoty\nzamknięte wewnątrz niej nie mają nawet namiastki wolności. Lolo nie pragnie\nwolności, gdyż jego głupota nigdzie nie dałaby mu takiej pozycji, jaką ma\nw laboratorium. Narrator rozumie swoją zależność od prostaka i głupca, marzy\nwięc o oceanie, który jest oczywistym symbolem niełatwej wolności. Klatka to\nmiejsce względnie bezpieczne (choć nie wiadomo jak długo), jednak upodlające.\nOcean to przestrzeń dzika i nieznana. Tam można sprawdzić swoją wartość,\nale można też zginąć. To świat dla odważnych i mocnych.\nWewnętrzny głos, nakazujący narratorowi ucieczkę, zostaje wyśmiany przez\nLola i zagłuszony przez słabości narratora: tchórzostwo, wygodnictwo, lęk\nprzed nieznanym. Potrzeba wolności umiera, z nią godność narratora. Jest on\njednostką inteligentną i zapewne zdaje sobie z tego sprawę. Stąd niepokój\nwyrażony w ostatnim zdaniu, które stanowi swoistą klamrę kompozycyjną razem\nz pierwszym zdaniem (Ach, ten Lolo! - Więc czemu się niepokoję?)\nOpowiadanie można zatem odczytać jako wewnętrzne rozliczenie inteligenta,\nktóry zgodził się na zniewolenie i totalitarne reguły gry: uległość,\nposłuszeństwo, postawę zależności i podporządkowania wobec głupszych\nod siebie. Możemy zastanawiać się, czy brzmi tu poczucie wstydu, czy tylko\npróba usprawiedliwienia.\nRzeczywistość ukazana w parabolicznym opowiadaniu Mrożka była\nmotywem obsesyjnie powracającym w twórczości tego pisarza. Prymat\nprostactwa w świecie, relacja inteligenta i chama to na przykład temat „Tanga”\ni „Emigrantów” Mrożka. Jego autobiograficzna spowiedź, utwór pt. „Baltazar”,\nktóry miał być terapeutycznym powrotem do przeszłości, ukazuje samotność\npisarza, niedopasowanie do świata i - z całą szczerością przedstawione -\nsposoby radzenia sobie w świecie totalitarnych reguł. Podział na inteligentów\n(wrogów systemu) i przodującą klasę robotniczą stawiał go zawsze w sytuacji\npodejrzenia. Donosy, nakazy, cenzura, przydział stypendiów były instrumentami\nłamania niepokornych. Powojenna bieda sytuowała inteligenckie rodziny\nna skraju ubóstwa, a system państwowej manipulacji dodatkowo upokarzał.\nMrożek ma osobiste porachunki z systemem, który odcisnął piętno na jego\nPoziom rozszerzony\n12\nmłodości. Komizm i groteska w jego opowiadaniach i dramatach to forma\nkrytyki i satyra na system.\n„Lolo” jest opowiadaniem nie tylko rozliczającym z systemem PRL-u, jest\ntakże opowiadaniem uniwersalnym, parabolą ujawniającą mechanizmy\ndziałania sytemu zniewolenia wobec tych, którzy mogliby stanowić dla niego\nzagrożenie. Jest to opowiadanie o inteligencie, który poddaje się władzy\ngłupszego od siebie, schlebia mu i wysługuje się, aby w ogóle przeżyć. Parabola\nodwołuje się do znanego nam z historii najnowszej świata socjalizmu,\nnasyconego treściami ideologicznymi, bo Lolo sam mianuje się ideologiem\nnowego wspaniałego świata.\nWymowa opowiadania jest pesymistyczna. Ostatecznie jesteśmy świadkami\nrezygnacji narratora z walki o wolność, o godność, o realizację swoich planów\nczy ideałów. Narrator to człowiek przegrany, którego stać jedynie albo\nna lojalność, albo na ucieczkę.\nPesymistyczna wymowa krótkiego parabolicznego opowiadaniu wynika\nz potrzeby rozliczenia. Wybór postaci zwierzęcych, mało sympatycznych\nszczurów, jest z jednej strony wykorzystaniem tradycji literackiej, z drugiej -\nkrytyką bierności inteligencji oraz jej lojalistycznej postawy w sytuacji\nzagrożenia wartości fundamentalnych, takich jak wolność i godność.\nna temat nr 2\n„Nie chciał nas Bóg położyć równo z bestyjami,\nDał nam rozum, dał mowę, a nikomu z nami.”\nJan Kochanowski\nCzłowiek został wyróżniony spośród wszystkich Boskich stworzeń w taki\nsposób, że dostał język jako narzędzie porozumiewania się i prawo nazywania\nbytów. Słowo stało się najważniejszym instrumentem budującym relacje\nmiędzyludzkie i panowanie nad światem. Jak człowiek ten niezwykły dar\nwykorzystał? Przyjął je jako nieograniczone prawo czy zobowiązanie?\nKwestie związane z językiem, z rolą słów w relacjach międzyludzkich stały\nsię przedmiotem rozważań dwóch współczesnych pisarzy - Wiesława\nMyśliwskiego i Tadeusza Różewicza. Pierwszy z nich we fragmencie powieści\n„Kamień na kamieniu” podejmuje problem niemożności porozumienia się\nbliskich sobie ludzi. Narratorem, a zarazem bohaterem analizowanej prozy jest\nmieszkaniec wsi, człowiek o typowo chłopskiej mentalności i tradycyjnej\npostawie wobec rzeczywistości. To jego pamięć jest zasadą porządkującą świat\nprzedstawiony, a osobiste doświadczenia, o których opowiada, dopełnione\nzostają filozoficzną refleksją. Z relacji wiejskiego gawędziarza wyłania się\nzasmucający obraz chłopskiej rodziny, dotkniętej wyraźnym kryzysem.\nPoziom rozszerzony\n13\nRodzinna wspólnota rozpadła się - dwaj bracia wyjechali do miasta, tam\nzamieszkali i ograniczyli kontakty z domem, rodzice umarli. Bohater nie ożenił\nsię, gospodarzy w pojedynkę, gorzkniejąc pod ciężarem samotności i kalectwa.\nW analizowanym tekście widzimy go w momencie rozpaczliwej próby\nodbudowania braterskich więzi. Bohater postanawia wybudować rodzinny\ngrobowiec, wysyła więc list do braci z zapytaniem, „czy chcą razem\nze wszystkimi leżeć”. W ten oto sposób, skoro koleje życia i odmienność\ndoświadczeń rozdzieliły bliskich sobie ludzi, wspólny grób znów ich ze sobą\npojedna i rozproszonych po świecie braci przywróci ojcowiźnie.\nOryginalny pomysł bohatera doprowadza do rodzinnego spotkania,\nale szybko okazuje się ono klęską. Nie ma możliwości porozumienia, jak\nw biblijnej przypowieści pomieszały się ludzkie języki - powitanie zamienia się\nw kłótnię, do głosu dochodzą zadawnione pretensje, zamiast braterskiej,\nserdecznej rozmowy pojawia się wrogie milczenie i rodzeństwo rozstaje się\nw przekonaniu o wzajemnej obcości.\nParadoksalnie, przedstawiona sytuacja staje się dla autora podstawą\ndo sformułowania pięknych myśli na temat znaczenia słów i ta refleksja może\nbyć dla wszystkich źródłem pocieszenia. Bohater wypowiada bowiem żarliwą\npochwałę słów, nazywa je łaską, co łączy ludzi, uwalnia człowieka od złych\nemocji i lęków, współtworzy ludzką rodzinę, a także podtrzymuje nadzieję\n(„i rodzonych braci słowa potrafią odnaleźć dla siebie, że się znów braćmi\npoczują”). Ten Boski dar bohater przeciwstawia milczeniu, które zamyka nas\nw samotności, bólu i cierpieniu, zapowiada śmierć.\nNa uwagę zasługuje niezwykle plastyczny język prozy Wiesława\nMyśliwskiego. W pierwszej części analizowanego fragmentu powieści niemal\nwidzimy, jak bohater mozoli się na listem, niemal odczuwamy fizyczny wysiłek,\nz jakim przygotowuje się do wizyty braci. Język narracji jest żywy, wartki,\nbardzo emocjonalny, co uwydatniają krótkie zdania, pytania i wykrzykniki.\nPotoczny styl wypowiedzi podkreślają liczne kolokwializmy, a obecne w tekście\nelementy stylizacji środowiskowej wskazują na wiejskie pochodzenie bohatera.\nJęzyk tekstu wyraźnie zmienia się w części, która uogólnia refleksję na temat roli\nsłów - proza Myśliwskiego nabiera charakteru sentencjonalnego, a jej\nwewnętrzny rytm, liczne powtórzenia i paralelizm składniowy zbliżają ją\ndo poezji.\nWiesław Myśliwski we fragmencie powieści „Kamień na kamieniu”\nprzedstawił proces rozpadu więzi międzyludzkich i towarzyszącą mu niemożność\nporozumienia się na przykładzie wiejskiej rodziny, natomiast Tadeusz Różewicz\nw wierszu „Słowa” ukazuje kryzys języka w szerszym wymiarze, bo w życiu\nspołecznym. Poeta oszczędnie operuje słowem. Podmiot mówiący ujawnia się\nw trzeciej całostce wiersza i trzeba go traktować jako porte parole autora.\nWspomniana trzecia całostka ma szczególne znaczenie w całym utworze - jest\nnajbardziej osobista, odnosi się do przeszłości i dzieli tekst na dwie części.\nW pierwszej - ukazany został dokonujący się nieustannie proces dewaluacji\nPoziom rozszerzony\n14\nsłów, druga część odsłania, tragiczne dla współczesnego świata, skutki tego\nzjawiska.\nTadeusz Różewicz koncentruje uwagę na podejściu do języka dawniej\ni na zmianach, jakie dzisiaj dokonały się w naszych postawach wobec słów.\nW przeszłości („za mojego dzieciństwa” - pisze stary poeta) słowo szanowano,\ntraktowano jako dar i lek, ufano mu, bo było ono wyrazem szczerych uczuć\ni dobrych intencji, bo budowało więzi i służyło porozumieniu. Autor wiersza\nukazuje tę pozytywną rolę słowa, wykorzystując dosłowne i przenośne znaczenia\nzwiązków frazeologicznych, które przekształca, łączy, zestawia („dać słowo”,\n„że do rany przyłóż”, „być po słowie”, „dobre słowo”). We współczesnym\nświecie języka używa się instrumentalnie, często do maskowania złych zamiarów\n(świat polityki), słowami manipuluje się, by sterować ludźmi, zaszczepiać im\nfałszywą świadomość, odpowiednio programować ich zachowania (świat\nreklam). Słowa, traktowane jak towar, „przeżute jak guma do żucia”,\n„osłabione przez polityków”, zmanipulowane przez media, całkowicie się\nzdewaluowały, zamieniły w nic nieznaczącą papkę. A co gorsze, język\npozbawiony walorów estetycznych (niechlujny, brutalny, pełen wulgaryzmów)\ni używany do osiągania nieetycznych celów, przestał służyć komunikacji, raczej\ntruje, szkodzi, wywołuje konflikty. Te negatywne procesy zachodzą, zdaniem\nTadeusza Różewicza, równocześnie - współczesny świat doświadcza rozpadu\nmiędzyludzkich więzi i pogłębiającego się kryzysu języka. Konsekwencją takiego\nstanu rzeczy są akty agresji, które paraliżują życie społeczne.\nPoeta mówi o tych niepokojących zjawiskach w charakterystyczny\ndla siebie sposób, a więc powściągając emocje, umiejętnie i oszczędnie dozując\nśrodki wyrazu, posługując się wierszem wolnym. Dodatkowo efekt surowości\nwzmocniony jest brakiem rymów. Treść poetyckiej wypowiedzi uwydatniona\nzostała przez składnię, gdyż poszczególne wersy zawierają całe zdania lub jego\ncząstki (skupienia), będące logiczną całością. Jednak w kilku przypadkach\n(głównie w strofie 1. i 2.) nastąpiło rozbicie tego charakterystycznego skupienia\n- wyraz przeniesiono do następnego wersu, dzięki czemu poeta osiągnął efekt\nzaskoczenia, a „przerzucone” słowo nabrało szczególnych znaczeń. Warto\nrównież zwrócić uwagę na brzmieniowe walory utworu, na przykład\nw 1. całostce\nwiersza\nprzez\nzastosowanie\ninstrumentacji\ngłoskowej\nprzedstawione\nzostało\nzjawisko\nswoistego\nbezmyślnego\nużycia\nsłów\n(„przeżuwanie”).\nŚrodki stylistyczne, które tak umiejętnie dozuje autor, wyrażają przede\nwszystkim negatywną ocenę świata. Zauważyć to można choćby w drugiej części\nwiersza, w której odpowiednie uszeregowanie czasowników: „jeszcze trują\ncuchną/ jeszcze ranią”, „wybuchają/ zabijają” podkreśla gradację efektów\nniszczącego działania słów. Diagnoza, jaką Tadeusz Różewicz stawia\nwspółczesnemu światu, jest przerażająca i nie daje najmniejszej nadziei. Poeta\nprzygląda się postępującemu upadkowi słów, które obumierając, jeszcze\nwydzielają trujące miazmaty w postaci nietolerancji, fanatyzmu, zaślepienia.\nPoziom rozszerzony\n15\nZamykając rozważania nad fragmentem powieści Wiesława Myśliwskiego\ni wierszem Tadeusza Różewicza, na pewno warto podkreślić to, co łączy obu\npisarzy. W obu tekstach widoczna jest przede wszystkim tęsknota za słowami,\nktóre nie niszczą, lecz budują, za utraconą harmonią, za światem, w którym była\nszansa na udaną komunikację. Ponadto w przypadku obu twórców rozważania\nnad sytuacją języka są zarazem analizą kondycji współczesnego człowieka\ni rzeczywistości społecznej. W spojrzeniu pisarzy na te zagadnienia dostrzegamy\njednak pewne różnice. Wiesław Myśliwski zajmuje się przede wszystkim\nzmianami cywilizacyjnymi, jakie zaszły na wsi polskiej po II wojnie światowej\ni ich konsekwencjami: odejściem od tradycyjnych wartości, rozpadem chłopskiej\nrodziny i idącą w parze z tymi zjawiskami niemożnością porozumienia się ludzi.\nJego proza jest niezwykle sugestywna, pozyskuje czytelnika autentyzmem, siłą\nekspresji, gawędziarskim wdziękiem. Tadeusz Różewicz mówi wprost o kryzysie\njęzyka i, ukazując agonię słów, surowo ocenia współczesny nam świat -\nzdeformowany przez media i politykę, pogrążony w duchowej pustce,\nodhumanizowany. Patrzy na te niepokojące zjawiska z pewnego dystansu,\nnie pozwala sobie na nadmierną ekspresję, a „rozgadanej”, „rozbuchanej”\nrzeczywistości przeciwstawia swój wiersz o ascetycznej formie, w którym każde\nsłowo waży.","solution":null,"image":"img/jezyk-polski-2008-maj-matura-rozszerzona/zad-Temat_2.webp","solution_image":null,"topics":null,"page_from":8,"source":"ocr","answer_source":null,"answer_text_source":"ocr","solution_source":null,"text_source":"ocr","source_label":"Język polski · Matura · maj 2008 (rozszerzona)","subject_label":"Język polski","category_label":"Matura","text_html":"<p>Temat 2. Rola słów w relacjach międzyludzkich.<br>Analizując i interpretując fragment powieści Wiesława Myśliwskiego Kamień<br>na kamieniu oraz wiersz Tadeusza Różewicza Słowa, zwróć uwagę<br>na przedstawione sytuacje i sposoby kreowania podmiotu mówiącego.<br>Wiesław Myśliwski Kamień na kamieniu (fragment)<br>Postanowiłem napisać list do Antka i Staśka w sprawie tego grobu. Poszedłem<br>do spółdzielni, kupiłem papier, obsadkę, stalówkę, atrament. Bo kiedy ja do kogo list<br>pisałem? Nie umiałbym sobie nawet przypomnieć. Ani do szkoły z domu nikt teraz<br>nie chodził, to nie były potrzebne. Gdzieś się jeszcze pusty kałamarz walał z czasów, kiedy<br>matka jeszcze żyła i do nich pisała. Bo ja ani do nich, choć bracia, nie pisałem, odkąd z domu<br>wyszli. Ani oni do mnie. Tak się jakoś układało. Oni w mieście, ja na wsi. Oni swoje życie,<br>ja swoje. To o czym tu pisać? Co we wsi, miałem im pisać, kiedy może nie bardzo chcieli już<br>wsi pamiętać? A pchać się ze swoim życiem w czyjeś życie, choćby brat bratu, co to komu<br>pomoże? Zresztą raz na dwa, trzy lata któryś wpadał, to się mniej więcej wiedziało,<br>co u niego. Ten był za granicą, a ten kupił samochód. Ten dostał mieszkanie, ma trzy pokoje<br>z kuchnią, a ten się z żoną rozszedł i drugi raz się ożenił. Ten ma córkę i syna, a ten tylko<br>syna, ale nie chce się coś uczyć. A co u mnie, no, to kiedy umarła matka, wysłałem im<br>telegram: „Matka umarła. Przyjeżdżajcie”. A za parę lat drugi: „Ojciec umarł.<br>Przyjeżdżajcie.” I to wszystko, co u mnie. Zresztą, gdyby nawet więcej, czy chcieliby<br>słuchać? […]<br>Ale grób to grób, raz na całe życie się buduje, to musiałem ich spytać, czy chcą razem<br>ze wszystkimi leżeć, bo zaplanowałem osiem kwater, żeby dla nich też było. Czy może wolą<br>tam, u siebie, to bym sobie kosztów darmo nie robił i mniejszy bym postawił. A choć życzę<br>im, niech żyją jak najdłużej w szczęściu, zdrowiu, to przecież kiedyś wszyscy muszą umrzeć,<br>bo wszyscy, co żyjemy, umrzemy. I niech mi zaraz odpiszą, bo mam miejsce wykupione,<br>cement załatwiłem, i z Chmielem jestem ugadany. […]<br>Chyba po miesiącu przyszedł list od nich, że przyjeżdżają w najbliższą niedzielę.<br>Nie wiedziałem, wierzyć, czy nie wierzyć. Ale wysprzątałem izbę. Oblekłem pościel.<br>Przyniosłem ze strychu pierzynę po matce, bo była największa. A choć w jednym łóżku mieli<br>spać, to dwie poduszki im dałem, żeby głowy mieli osobno. I słomę w sienniku zmieniłem.<br>Dwa snopki cepami wymłóciłem, żeby mieli nie zmierzwioną. Choć mi z trudem przyszło<br>ustać na tych moich kulasach. Musiałem sobie sieczkarnię pod plecy przyciągnąć i się na niej<br>oprzeć, bo nie dałbym rady. I nawet im suszonej macierzanki przeciw pchłom<br>pod prześcieradło pokładłem, jak robiła to matka. […]<br>Przyjechali. Ale ledwo co w próg weszli, dzień dobry, dzień dobry i od razu zaczęli się<br>ze mną kłócić. A to, że nie ma u mnie na czym usiąść, tylko wciąż ta sama stara ława i jedno<br>krzesełko. Że stół ten sam od wojny jeszcze. Że podłogi czego sobie nie sprawię? Czego sadu<br>nie założę? Czego się nie żenię? Gospodyni mi potrzebna! Na księżniczkę czekam? Czego to,<br>czego tamto? Czego? Czego? A o śmierci ani słowa. Jakbym w ogóle do nich listu<br>nie napisał.<br>Tak mnie to ścięło, że mało co się odzywałem. I z tego wszystkiego zapomniałem ich się<br>nawet spytać, co u nich? I te pół litra wódki, co kupiłem na ich przyjazd, nie przyznałem się,<br>że mam. Bo i po co? Pić pod kłótnię? Może zdarzyć się kiedyś jakaś lepsza okazja. Wtedy się<br>i napijemy, i pogadamy jak bracia.<br>Poziom rozszerzony<br>9<br>Bo gdy się bracia raz na tyle czasu z sobą spotykają, powinni mieć o czym pogadać.<br>O, niejeden dzień, niejedną noc można by przegadać. Gdyby nawet się nie chciało,<br>to od czego są słowa? Słowa same poprowadzą. Słowa wszystko na wierzch wywleką. Słowa<br>i z najgłębszej głębi wydrą, co gdzieś boli i skowycze. Słowa krwi upuszczą i od razu lżej się<br>robi. I nie tylko obcych, ale i rodzonych braci słowa potrafią odnaleźć dla siebie, że się znów<br>braćmi poczują. Choćby się roznieśli w różne i dalekie strony, słowa ich zawrócą z powrotem<br>do tego jednego ich życia, z którego, jak ze źródła, się poczęli. Bo słowa to wielka łaska. Cóż<br>ma tak naprawdę człowiek więcej prócz słów dane? I tak nas wszystkich czeka kiedyś wielkie<br>milczenie, to się jeszcze namilczymy. Może przyjdzie nam ściany z bólu drapać<br>za najmarniejszym słowem. I każdego słowa niewypowiedzianego na tym świecie do siebie<br>będziemy jak grzechów żałować. Tylko że będzie za późno. A ileż takich słów<br>niewypowiedzianych zostaje w każdym człowieku i umiera razem z nim, i gnije z nim, i ani<br>mu potem w cierpieniu nie służy, ani w pamięci. To po co jeszcze sami sobie zadajemy<br>milczenie?<br>Choć może to była moja wina. Bo kiedy ich zobaczyłem, nie bardzo wiedziałem,<br>co powiedzieć, i powiedziałem zwyczajnie:</p>\n<ul><li>O, przyjechaliście.</li></ul>\n<p>Jakby z pola przyjechali, z jarmarku w mieście, z drugiej wsi. A przecież ze świata<br>przyjechali.<br>Wiesław Myśliwski, Kamień na kamieniu, Warszawa 1984<br>Tadeusz Różewicz Słowa<br>słowa zostały zużyte<br>przeżute jak guma do żucia<br>przez młode piękne usta<br>zamienione w białą<br>bańkę balonik<br>osłabione przez polityków<br>służą do wybielania<br>zębów<br>do płukania jamy<br>ustnej<br>za mojego dzieciństwa<br>można było słowo<br>przyłożyć do rany<br>można było podarować<br>osobie ukochanej<br>teraz osłabione<br>owinięte w gazetę<br>jeszcze trują cuchną<br>jeszcze ranią<br>ukryte w głowach<br>ukryte w sercach<br>ukryte pod sukniami<br>młodych kobiet<br>ukryte w świętych księgach<br>wybuchają<br>zabijają<br>2004<br>z tomu Wyjście, Wrocław 2004<br>Poziom rozszerzony<br>10<br>na temat nr<br>Poziom rozszerzony<br>11<br>Poziom rozszerzony<br>12<br>Poziom rozszerzony<br>13<br>Poziom rozszerzony<br>14<br>BRUDNOPIS (nie podlega ocenie)</p>","answer_text_html":"<p>Temat 2. Rola słów w relacjach międzyludzkich.<br>Analizując i interpretując fragment powieści Wiesława Myśliwskiego Kamień<br>na kamieniu oraz wiersz Tadeusza Różewicza Słowa, zwróć uwagę<br>na przedstawione sytuacje i sposoby kreowania podmiotu mówiącego.<br>Wiesław Myśliwski Kamień na kamieniu (fragment)<br>Postanowiłem napisać list do Antka i Staśka w sprawie tego grobu. Poszedłem<br>do spółdzielni, kupiłem papier, obsadkę, stalówkę, atrament. Bo kiedy ja do kogo list<br>pisałem? Nie umiałbym sobie nawet przypomnieć. Ani do szkoły z domu nikt teraz<br>nie chodził, to nie były potrzebne. Gdzieś się jeszcze pusty kałamarz walał z czasów, kiedy<br>matka jeszcze żyła i do nich pisała. Bo ja ani do nich, choć bracia, nie pisałem, odkąd z domu<br>wyszli. Ani oni do mnie. Tak się jakoś układało. Oni w mieście, ja na wsi. Oni swoje życie,<br>ja swoje. To o czym tu pisać? Co we wsi, miałem im pisać, kiedy może nie bardzo chcieli już<br>wsi pamiętać? A pchać się ze swoim życiem w czyjeś życie, choćby brat bratu, co to komu<br>pomoże? Zresztą raz na dwa, trzy lata któryś wpadał, to się mniej więcej wiedziało,<br>co u niego. Ten był za granicą, a ten kupił samochód. Ten dostał mieszkanie, ma trzy pokoje<br>z kuchnią, a ten się z żoną rozszedł i drugi raz się ożenił. Ten ma córkę i syna, a ten tylko<br>syna, ale nie chce się coś uczyć. A co u mnie, no, to kiedy umarła matka, wysłałem im<br>telegram: „Matka umarła. Przyjeżdżajcie”. A za parę lat drugi: „Ojciec umarł.<br>Przyjeżdżajcie.” I to wszystko, co u mnie. Zresztą, gdyby nawet więcej, czy chcieliby<br>słuchać? […]<br>Ale grób to grób, raz na całe życie się buduje, to musiałem ich spytać, czy chcą razem<br>ze wszystkimi leżeć, bo zaplanowałem osiem kwater, żeby dla nich też było. Czy może wolą<br>tam, u siebie, to bym sobie kosztów darmo nie robił i mniejszy bym postawił. A choć życzę<br>im, niech żyją jak najdłużej w szczęściu, zdrowiu, to przecież kiedyś wszyscy muszą umrzeć,<br>bo wszyscy, co żyjemy, umrzemy. I niech mi zaraz odpiszą, bo mam miejsce wykupione,<br>cement załatwiłem, i z Chmielem jestem ugadany. […]<br>Chyba po miesiącu przyszedł list od nich, że przyjeżdżają w najbliższą niedzielę.<br>Nie wiedziałem, wierzyć, czy nie wierzyć. Ale wysprzątałem izbę. Oblekłem pościel.<br>Przyniosłem ze strychu pierzynę po matce, bo była największa. A choć w jednym łóżku mieli<br>spać, to dwie poduszki im dałem, żeby głowy mieli osobno. I słomę w sienniku zmieniłem.<br>Dwa snopki cepami wymłóciłem, żeby mieli nie zmierzwioną. Choć mi z trudem przyszło<br>ustać na tych moich kulasach. Musiałem sobie sieczkarnię pod plecy przyciągnąć i się na niej<br>oprzeć, bo nie dałbym rady. I nawet im suszonej macierzanki przeciw pchłom<br>pod prześcieradło pokładłem, jak robiła to matka. […]<br>Przyjechali. Ale ledwo co w próg weszli, dzień dobry, dzień dobry i od razu zaczęli się<br>ze mną kłócić. A to, że nie ma u mnie na czym usiąść, tylko wciąż ta sama stara ława i jedno<br>krzesełko. Że stół ten sam od wojny jeszcze. Że podłogi czego sobie nie sprawię? Czego sadu<br>nie założę? Czego się nie żenię? Gospodyni mi potrzebna! Na księżniczkę czekam? Czego to,<br>czego tamto? Czego? Czego? A o śmierci ani słowa. Jakbym w ogóle do nich listu<br>nie napisał.<br>Tak mnie to ścięło, że mało co się odzywałem. I z tego wszystkiego zapomniałem ich się<br>nawet spytać, co u nich? I te pół litra wódki, co kupiłem na ich przyjazd, nie przyznałem się,<br>że mam. Bo i po co? Pić pod kłótnię? Może zdarzyć się kiedyś jakaś lepsza okazja. Wtedy się<br>i napijemy, i pogadamy jak bracia.<br>Poziom rozszerzony<br>9<br>Bo gdy się bracia raz na tyle czasu z sobą spotykają, powinni mieć o czym pogadać.<br>O, niejeden dzień, niejedną noc można by przegadać. Gdyby nawet się nie chciało,<br>to od czego są słowa? Słowa same poprowadzą. Słowa wszystko na wierzch wywleką. Słowa<br>i z najgłębszej głębi wydrą, co gdzieś boli i skowycze. Słowa krwi upuszczą i od razu lżej się<br>robi. I nie tylko obcych, ale i rodzonych braci słowa potrafią odnaleźć dla siebie, że się znów<br>braćmi poczują. Choćby się roznieśli w różne i dalekie strony, słowa ich zawrócą z powrotem<br>do tego jednego ich życia, z którego, jak ze źródła, się poczęli. Bo słowa to wielka łaska. Cóż<br>ma tak naprawdę człowiek więcej prócz słów dane? I tak nas wszystkich czeka kiedyś wielkie<br>milczenie, to się jeszcze namilczymy. Może przyjdzie nam ściany z bólu drapać<br>za najmarniejszym słowem. I każdego słowa niewypowiedzianego na tym świecie do siebie<br>będziemy jak grzechów żałować. Tylko że będzie za późno. A ileż takich słów<br>niewypowiedzianych zostaje w każdym człowieku i umiera razem z nim, i gnije z nim, i ani<br>mu potem w cierpieniu nie służy, ani w pamięci. To po co jeszcze sami sobie zadajemy<br>milczenie?<br>Choć może to była moja wina. Bo kiedy ich zobaczyłem, nie bardzo wiedziałem,<br>co powiedzieć, i powiedziałem zwyczajnie:</p>\n<ul><li>O, przyjechaliście.</li></ul>\n<p>Jakby z pola przyjechali, z jarmarku w mieście, z drugiej wsi. A przecież ze świata<br>przyjechali.<br>Wiesław Myśliwski, Kamień na kamieniu, Warszawa 1984<br>Tadeusz Różewicz Słowa<br>słowa zostały zużyte<br>przeżute jak guma do żucia<br>przez młode piękne usta<br>zamienione w białą<br>bańkę balonik<br>osłabione przez polityków<br>służą do wybielania<br>zębów<br>do płukania jamy<br>ustnej<br>za mojego dzieciństwa<br>można było słowo<br>przyłożyć do rany<br>można było podarować<br>osobie ukochanej<br>teraz osłabione<br>owinięte w gazetę<br>jeszcze trują cuchną<br>jeszcze ranią<br>ukryte w głowach<br>ukryte w sercach<br>ukryte pod sukniami<br>młodych kobiet<br>ukryte w świętych księgach<br>wybuchają<br>zabijają<br>2004<br>z tomu Wyjście, Wrocław 2004<br>Poziom rozszerzony<br>10<br>na temat nr 1<br>Opowiadanie Sławomira Mrożka pt. Lolo wpisuje się w nurt satyry<br>antysystemowej lat 60.-70. XX wieku, przyjmującej formułę paraboli.<br>Doświadczenia totalitaryzmu, przetworzone przez Mrożkowską wyobraźnię<br>i poczucie humoru, przynoszą opowieść uniwersalną, prostą, a mimo to pełną<br>ukrytych znaczeń. Przyzwyczajeni jesteśmy odczytywać historyjki o zwierzętach<br>w kontekście tradycji literackiej (bajka ezopowa) i poszukujemy pouczającej<br>puenty. Tym razem jednak puenta nie brzmi jak morał. Jest raczej próbą<br>refleksji nad światem, na co wskazuje niepokojące pytanie, kończące<br>opowiadanie:<br>„Tutaj on nie zginie i ja przy nim nie zginę.<br>Więc czemu się niepokoję?”<br>Głównym bohaterem opowiadania i narratorem zarazem jest szczur,<br>zamknięty z innym szczurem o imieniu Lolo w laboratoryjnej klatce. Zabieg<br>personifikacji bohatera stwarza sytuację komiczną, gdy mowa jest o naciskaniu<br>klawiszy i wyskakującej w nagrodę słonince. Sytuacja narratora jednak jest<br>niedobra. Nie umie naciskać odpowiednich klawiszy, więc zwykle przymiera<br>głodem. W tej rzeczywistości należy zachowywać się tak, jak życzy sobie pan<br>z brodą, twórca laboratorium. Klawisze niczym się nie różnią, narrator stara<br>się, ale nie może dobrze trafić, Lolo natomiast opływa w dostatki. Zatem<br>przyczyna niepowodzeń narratora tkwi zapewne w różnicy między nim a Lolem.<br>Oto trafił do systemu, w którym promuje się uległość, nieświadomość,<br>posłuszeństwo.<br>Szczury to inteligentne zwierzęta, mówi nauka. Z drugiej strony w tradycji<br>literackiej, np. w bajkach Krasickiego, szczury były alegorią pychy<br>i zarozumiałości. Być może Mrożek wybiera takich niejednoznacznych<br>bohaterów do swojego opowiadania, aby prawdziwie portretowali postawy<br>ludzi. Dwa szczury to dwie postawy: człowieka łatwo odnajdującego się<br>w rzeczywistości zniewolenia (Lolo) i człowieka, który nie umie się przystosować<br>(narrator).<br>Lolo jest głupcem i pyszałkiem, wygłaszającym nadęte tyrady, a mimo to<br>świetnie funkcjonuje w laboratoryjnej rzeczywistości. Narrator jest sprytny<br>i zaradny, ale nie może sprostać „klatkowemu systemowi”. Aby nie zginąć<br>z głodu, muszę sobie radzić inaczej - mówi narrator i uczy się wykorzystywać<br>próżność Lola, zasypując go pochlebstwami. Jego zdanie „Trzeba żyć” brzmi<br>jak próba usprawiedliwienia płaskich metod, które wybiera, aby jakoś zaspokoić<br>głód. Współpraca z tym, kto głupi i prostak, byłaby wstydem i hańbą<br>w normalnym świecie, ale sytuacja w klatce jest nadzwyczajna. Inteligencja to<br>przecież umiejętność radzenia sobie i przystosowywania się do trudnych<br>warunków. Narrator nie zastanawia się nad poczuciem godności, która każe<br>Poziom rozszerzony<br>11<br>imponderabilia postawić wyżej niż życie w upodleniu, on pragnie jedynie<br>zaspokoić dojmujący głód. Pochlebstwa przynoszą pożądany efekt.<br>Próżny i syty Lolo oddaje swoją słoninkę, aby usłyszeć kolejną porcję<br>pochwał. Wydaje mu się, że w tym miejscu i czasie to on dominuje. Snuje plany<br>podboju świata, wybicia się na przywódcę szczurzego ludu, ustanowienia<br>szczurów na szczycie zwierzęcej hierarchii. Przy okazji kompromituje się swoją<br>niewiedzą o stanie techniki i wynalazków (chce wynaleźć koło), ujawnia swoje<br>ogólne prostactwo posługując się ubogim językiem opisu. („Już coś mi świta.<br>Wynajdziemy<br>coś<br>Coś<br>takiego ”)<br>W<br>tej<br>konfrontacji<br>postawy<br>podporządkowania okazuje się istotą zdolną do autorefleksji i autooceny; ma<br>lęki i niepokoje, a przede wszystkim ma przeczucie zagrożenia, które objawia się<br>w snach i w tajemnym głosie, nakazującym mu ucieczkę z laboratorium.<br>Klatka jest zamkniętym światem, całkowicie zależnym od pana z brodą. Istoty<br>zamknięte wewnątrz niej nie mają nawet namiastki wolności. Lolo nie pragnie<br>wolności, gdyż jego głupota nigdzie nie dałaby mu takiej pozycji, jaką ma<br>w laboratorium. Narrator rozumie swoją zależność od prostaka i głupca, marzy<br>więc o oceanie, który jest oczywistym symbolem niełatwej wolności. Klatka to<br>miejsce względnie bezpieczne (choć nie wiadomo jak długo), jednak upodlające.<br>Ocean to przestrzeń dzika i nieznana. Tam można sprawdzić swoją wartość,<br>ale można też zginąć. To świat dla odważnych i mocnych.<br>Wewnętrzny głos, nakazujący narratorowi ucieczkę, zostaje wyśmiany przez<br>Lola i zagłuszony przez słabości narratora: tchórzostwo, wygodnictwo, lęk<br>przed nieznanym. Potrzeba wolności umiera, z nią godność narratora. Jest on<br>jednostką inteligentną i zapewne zdaje sobie z tego sprawę. Stąd niepokój<br>wyrażony w ostatnim zdaniu, które stanowi swoistą klamrę kompozycyjną razem<br>z pierwszym zdaniem (Ach, ten Lolo! - Więc czemu się niepokoję?)<br>Opowiadanie można zatem odczytać jako wewnętrzne rozliczenie inteligenta,<br>który zgodził się na zniewolenie i totalitarne reguły gry: uległość,<br>posłuszeństwo, postawę zależności i podporządkowania wobec głupszych<br>od siebie. Możemy zastanawiać się, czy brzmi tu poczucie wstydu, czy tylko<br>próba usprawiedliwienia.<br>Rzeczywistość ukazana w parabolicznym opowiadaniu Mrożka była<br>motywem obsesyjnie powracającym w twórczości tego pisarza. Prymat<br>prostactwa w świecie, relacja inteligenta i chama to na przykład temat „Tanga”<br>i „Emigrantów” Mrożka. Jego autobiograficzna spowiedź, utwór pt. „Baltazar”,<br>który miał być terapeutycznym powrotem do przeszłości, ukazuje samotność<br>pisarza, niedopasowanie do świata i - z całą szczerością przedstawione -<br>sposoby radzenia sobie w świecie totalitarnych reguł. Podział na inteligentów<br>(wrogów systemu) i przodującą klasę robotniczą stawiał go zawsze w sytuacji<br>podejrzenia. Donosy, nakazy, cenzura, przydział stypendiów były instrumentami<br>łamania niepokornych. Powojenna bieda sytuowała inteligenckie rodziny<br>na skraju ubóstwa, a system państwowej manipulacji dodatkowo upokarzał.<br>Mrożek ma osobiste porachunki z systemem, który odcisnął piętno na jego<br>Poziom rozszerzony<br>12<br>młodości. Komizm i groteska w jego opowiadaniach i dramatach to forma<br>krytyki i satyra na system.<br>„Lolo” jest opowiadaniem nie tylko rozliczającym z systemem PRL-u, jest<br>także opowiadaniem uniwersalnym, parabolą ujawniającą mechanizmy<br>działania sytemu zniewolenia wobec tych, którzy mogliby stanowić dla niego<br>zagrożenie. Jest to opowiadanie o inteligencie, który poddaje się władzy<br>głupszego od siebie, schlebia mu i wysługuje się, aby w ogóle przeżyć. Parabola<br>odwołuje się do znanego nam z historii najnowszej świata socjalizmu,<br>nasyconego treściami ideologicznymi, bo Lolo sam mianuje się ideologiem<br>nowego wspaniałego świata.<br>Wymowa opowiadania jest pesymistyczna. Ostatecznie jesteśmy świadkami<br>rezygnacji narratora z walki o wolność, o godność, o realizację swoich planów<br>czy ideałów. Narrator to człowiek przegrany, którego stać jedynie albo<br>na lojalność, albo na ucieczkę.<br>Pesymistyczna wymowa krótkiego parabolicznego opowiadaniu wynika<br>z potrzeby rozliczenia. Wybór postaci zwierzęcych, mało sympatycznych<br>szczurów, jest z jednej strony wykorzystaniem tradycji literackiej, z drugiej -<br>krytyką bierności inteligencji oraz jej lojalistycznej postawy w sytuacji<br>zagrożenia wartości fundamentalnych, takich jak wolność i godność.<br>na temat nr 2<br>„Nie chciał nas Bóg położyć równo z bestyjami,<br>Dał nam rozum, dał mowę, a nikomu z nami.”<br>Jan Kochanowski<br>Człowiek został wyróżniony spośród wszystkich Boskich stworzeń w taki<br>sposób, że dostał język jako narzędzie porozumiewania się i prawo nazywania<br>bytów. Słowo stało się najważniejszym instrumentem budującym relacje<br>międzyludzkie i panowanie nad światem. Jak człowiek ten niezwykły dar<br>wykorzystał? Przyjął je jako nieograniczone prawo czy zobowiązanie?<br>Kwestie związane z językiem, z rolą słów w relacjach międzyludzkich stały<br>się przedmiotem rozważań dwóch współczesnych pisarzy - Wiesława<br>Myśliwskiego i Tadeusza Różewicza. Pierwszy z nich we fragmencie powieści<br>„Kamień na kamieniu” podejmuje problem niemożności porozumienia się<br>bliskich sobie ludzi. Narratorem, a zarazem bohaterem analizowanej prozy jest<br>mieszkaniec wsi, człowiek o typowo chłopskiej mentalności i tradycyjnej<br>postawie wobec rzeczywistości. To jego pamięć jest zasadą porządkującą świat<br>przedstawiony, a osobiste doświadczenia, o których opowiada, dopełnione<br>zostają filozoficzną refleksją. Z relacji wiejskiego gawędziarza wyłania się<br>zasmucający obraz chłopskiej rodziny, dotkniętej wyraźnym kryzysem.<br>Poziom rozszerzony<br>13<br>Rodzinna wspólnota rozpadła się - dwaj bracia wyjechali do miasta, tam<br>zamieszkali i ograniczyli kontakty z domem, rodzice umarli. Bohater nie ożenił<br>się, gospodarzy w pojedynkę, gorzkniejąc pod ciężarem samotności i kalectwa.<br>W analizowanym tekście widzimy go w momencie rozpaczliwej próby<br>odbudowania braterskich więzi. Bohater postanawia wybudować rodzinny<br>grobowiec, wysyła więc list do braci z zapytaniem, „czy chcą razem<br>ze wszystkimi leżeć”. W ten oto sposób, skoro koleje życia i odmienność<br>doświadczeń rozdzieliły bliskich sobie ludzi, wspólny grób znów ich ze sobą<br>pojedna i rozproszonych po świecie braci przywróci ojcowiźnie.<br>Oryginalny pomysł bohatera doprowadza do rodzinnego spotkania,<br>ale szybko okazuje się ono klęską. Nie ma możliwości porozumienia, jak<br>w biblijnej przypowieści pomieszały się ludzkie języki - powitanie zamienia się<br>w kłótnię, do głosu dochodzą zadawnione pretensje, zamiast braterskiej,<br>serdecznej rozmowy pojawia się wrogie milczenie i rodzeństwo rozstaje się<br>w przekonaniu o wzajemnej obcości.<br>Paradoksalnie, przedstawiona sytuacja staje się dla autora podstawą<br>do sformułowania pięknych myśli na temat znaczenia słów i ta refleksja może<br>być dla wszystkich źródłem pocieszenia. Bohater wypowiada bowiem żarliwą<br>pochwałę słów, nazywa je łaską, co łączy ludzi, uwalnia człowieka od złych<br>emocji i lęków, współtworzy ludzką rodzinę, a także podtrzymuje nadzieję<br>(„i rodzonych braci słowa potrafią odnaleźć dla siebie, że się znów braćmi<br>poczują”). Ten Boski dar bohater przeciwstawia milczeniu, które zamyka nas<br>w samotności, bólu i cierpieniu, zapowiada śmierć.<br>Na uwagę zasługuje niezwykle plastyczny język prozy Wiesława<br>Myśliwskiego. W pierwszej części analizowanego fragmentu powieści niemal<br>widzimy, jak bohater mozoli się na listem, niemal odczuwamy fizyczny wysiłek,<br>z jakim przygotowuje się do wizyty braci. Język narracji jest żywy, wartki,<br>bardzo emocjonalny, co uwydatniają krótkie zdania, pytania i wykrzykniki.<br>Potoczny styl wypowiedzi podkreślają liczne kolokwializmy, a obecne w tekście<br>elementy stylizacji środowiskowej wskazują na wiejskie pochodzenie bohatera.<br>Język tekstu wyraźnie zmienia się w części, która uogólnia refleksję na temat roli<br>słów - proza Myśliwskiego nabiera charakteru sentencjonalnego, a jej<br>wewnętrzny rytm, liczne powtórzenia i paralelizm składniowy zbliżają ją<br>do poezji.<br>Wiesław Myśliwski we fragmencie powieści „Kamień na kamieniu”<br>przedstawił proces rozpadu więzi międzyludzkich i towarzyszącą mu niemożność<br>porozumienia się na przykładzie wiejskiej rodziny, natomiast Tadeusz Różewicz<br>w wierszu „Słowa” ukazuje kryzys języka w szerszym wymiarze, bo w życiu<br>społecznym. Poeta oszczędnie operuje słowem. Podmiot mówiący ujawnia się<br>w trzeciej całostce wiersza i trzeba go traktować jako porte parole autora.<br>Wspomniana trzecia całostka ma szczególne znaczenie w całym utworze - jest<br>najbardziej osobista, odnosi się do przeszłości i dzieli tekst na dwie części.<br>W pierwszej - ukazany został dokonujący się nieustannie proces dewaluacji<br>Poziom rozszerzony<br>14<br>słów, druga część odsłania, tragiczne dla współczesnego świata, skutki tego<br>zjawiska.<br>Tadeusz Różewicz koncentruje uwagę na podejściu do języka dawniej<br>i na zmianach, jakie dzisiaj dokonały się w naszych postawach wobec słów.<br>W przeszłości („za mojego dzieciństwa” - pisze stary poeta) słowo szanowano,<br>traktowano jako dar i lek, ufano mu, bo było ono wyrazem szczerych uczuć<br>i dobrych intencji, bo budowało więzi i służyło porozumieniu. Autor wiersza<br>ukazuje tę pozytywną rolę słowa, wykorzystując dosłowne i przenośne znaczenia<br>związków frazeologicznych, które przekształca, łączy, zestawia („dać słowo”,<br>„że do rany przyłóż”, „być po słowie”, „dobre słowo”). We współczesnym<br>świecie języka używa się instrumentalnie, często do maskowania złych zamiarów<br>(świat polityki), słowami manipuluje się, by sterować ludźmi, zaszczepiać im<br>fałszywą świadomość, odpowiednio programować ich zachowania (świat<br>reklam). Słowa, traktowane jak towar, „przeżute jak guma do żucia”,<br>„osłabione przez polityków”, zmanipulowane przez media, całkowicie się<br>zdewaluowały, zamieniły w nic nieznaczącą papkę. A co gorsze, język<br>pozbawiony walorów estetycznych (niechlujny, brutalny, pełen wulgaryzmów)<br>i używany do osiągania nieetycznych celów, przestał służyć komunikacji, raczej<br>truje, szkodzi, wywołuje konflikty. Te negatywne procesy zachodzą, zdaniem<br>Tadeusza Różewicza, równocześnie - współczesny świat doświadcza rozpadu<br>międzyludzkich więzi i pogłębiającego się kryzysu języka. Konsekwencją takiego<br>stanu rzeczy są akty agresji, które paraliżują życie społeczne.<br>Poeta mówi o tych niepokojących zjawiskach w charakterystyczny<br>dla siebie sposób, a więc powściągając emocje, umiejętnie i oszczędnie dozując<br>środki wyrazu, posługując się wierszem wolnym. Dodatkowo efekt surowości<br>wzmocniony jest brakiem rymów. Treść poetyckiej wypowiedzi uwydatniona<br>została przez składnię, gdyż poszczególne wersy zawierają całe zdania lub jego<br>cząstki (skupienia), będące logiczną całością. Jednak w kilku przypadkach<br>(głównie w strofie 1. i 2.) nastąpiło rozbicie tego charakterystycznego skupienia</p>\n<ul><li>wyraz przeniesiono do następnego wersu, dzięki czemu poeta osiągnął efekt</li></ul>\n<p>zaskoczenia, a „przerzucone” słowo nabrało szczególnych znaczeń. Warto<br>również zwrócić uwagę na brzmieniowe walory utworu, na przykład<br>w 1. całostce<br>wiersza<br>przez<br>zastosowanie<br>instrumentacji<br>głoskowej<br>przedstawione<br>zostało<br>zjawisko<br>swoistego<br>bezmyślnego<br>użycia<br>słów<br>(„przeżuwanie”).<br>Środki stylistyczne, które tak umiejętnie dozuje autor, wyrażają przede<br>wszystkim negatywną ocenę świata. Zauważyć to można choćby w drugiej części<br>wiersza, w której odpowiednie uszeregowanie czasowników: „jeszcze trują<br>cuchną/ jeszcze ranią”, „wybuchają/ zabijają” podkreśla gradację efektów<br>niszczącego działania słów. Diagnoza, jaką Tadeusz Różewicz stawia<br>współczesnemu światu, jest przerażająca i nie daje najmniejszej nadziei. Poeta<br>przygląda się postępującemu upadkowi słów, które obumierając, jeszcze<br>wydzielają trujące miazmaty w postaci nietolerancji, fanatyzmu, zaślepienia.<br>Poziom rozszerzony<br>15<br>Zamykając rozważania nad fragmentem powieści Wiesława Myśliwskiego<br>i wierszem Tadeusza Różewicza, na pewno warto podkreślić to, co łączy obu<br>pisarzy. W obu tekstach widoczna jest przede wszystkim tęsknota za słowami,<br>które nie niszczą, lecz budują, za utraconą harmonią, za światem, w którym była<br>szansa na udaną komunikację. Ponadto w przypadku obu twórców rozważania<br>nad sytuacją języka są zarazem analizą kondycji współczesnego człowieka<br>i rzeczywistości społecznej. W spojrzeniu pisarzy na te zagadnienia dostrzegamy<br>jednak pewne różnice. Wiesław Myśliwski zajmuje się przede wszystkim<br>zmianami cywilizacyjnymi, jakie zaszły na wsi polskiej po II wojnie światowej<br>i ich konsekwencjami: odejściem od tradycyjnych wartości, rozpadem chłopskiej<br>rodziny i idącą w parze z tymi zjawiskami niemożnością porozumienia się ludzi.<br>Jego proza jest niezwykle sugestywna, pozyskuje czytelnika autentyzmem, siłą<br>ekspresji, gawędziarskim wdziękiem. Tadeusz Różewicz mówi wprost o kryzysie<br>języka i, ukazując agonię słów, surowo ocenia współczesny nam świat -<br>zdeformowany przez media i politykę, pogrążony w duchowej pustce,<br>odhumanizowany. Patrzy na te niepokojące zjawiska z pewnego dystansu,<br>nie pozwala sobie na nadmierną ekspresję, a „rozgadanej”, „rozbuchanej”<br>rzeczywistości przeciwstawia swój wiersz o ascetycznej formie, w którym każde<br>słowo waży.</p>","solutions":[]}