{"id":"jezyk-polski-2009-styczen-probna-podstawowa/zad/Temat 1","paper_id":"jezyk-polski-2009-styczen-probna-podstawowa","number":"Temat 1","points":null,"ptype":"open","subject":"jezyk-polski","category":"probna","year":2009,"month":"styczen","level":"podstawowa","text":"Temat 1. Dwie postawy człowieka wobec Boga i Jego dzieła.\nPorównaj pieśń Jana Kochanowskiego Czego chcesz od nas, Panie i Hymn\nJuliusza Słowackiego. Zwróć uwagę na nastrój obydwu utworów.\nJan Kochanowski Pieśń XXV (Czego chcesz od nas, Panie…)\nCzego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary?\nCzego za dobrodziejstwa, którym nie masz miary?\nKościół Cię nie ogarnie, wszędy pełno Ciebie,\nI w otchłaniach, i w morzu, na ziemi, na niebie.\nZłota też, wiem, nie pragniesz, bo to wszytko Twoje,\nCokolwiek na tym świecie człowiek mieni2 swoje.\nWdzięcznym Cię tedy sercem, Panie, wyznawamy,\nBo nad to przystojniejszej ofiary nie mamy.\nTyś Pan wszytkiego świata, Tyś niebo zbudował\nI złotymi gwiazdami ślicznieś uhaftował;\nTyś fundament założył nieobeszłej ziemi\nI przykryłeś jej nagość zioły rozlicznemi.\nZa twoim rozkazaniem w brzegach morze stoi,\nA zamierzonych granic przeskoczyć się boi;\nRzeki wód nieprzebranych wielką hojność mają.\nBiały dzień a noc ciemna swoje czasy znają.\nTobie k’woli rozliczne kwiatki Wiosna rodzi,\nTobie k’woli w kłosianym wieńcu Lato chodzi.\nWino Jesień i jabłka rozmaite dawa,\nPotym do gotowego gnuśna Zima wstawa.\nZ Twej łaski rosa na mdłe3 zioła padnie,\nA zagorzałe4 zboża deszcz ożywia snadnie5;\nZ Twoich rąk wszelkie źwierzę patrza swej żywności,\nA Ty każdego żywisz z Twej szczodrobliwości.\nBądź na wieki pochwalon, nieśmiertelny Panie!\nTwoja łaska, Twa dobroć nigdy nie ustanie.\nChowaj nas, póki raczysz, na tej niskiej ziemi;\nJedno zawżdy niech będziem pod skrzydłami Twemi!\nJan Kochanowski, Pieśń XXV, [w:] Antologia polskiej poezji renesansowej, Warszawa 1984.\n2 mienić - głosić, twierdzić\n3 mdłe - słabe, wątłe\n4 zagorzałe - spalone słońcem\n5 snadnie - łatwo\nPróbny egzamin maturalny z języka polskiego\nPoziom podstawowy\n8\nJuliusz Słowacki Hymn\nSmutno mi, Boże! - Dla mnie na zachodzie\nRozlałeś tęczę blasków promienistą;\nPrzede mną gasisz w lazurowej wodzie\nGwiazdę ognistą…\nChoć mi tak niebo ty złocisz i morze,\nSmutno mi, Boże!\nJak puste kłosy z podniesioną głową\nStoję rozkoszy próżen i dosytu…\nDla obcych ludzi mam twarz jednakową,\nCiszę błękitu.\nAle przed Tobą głąb serca otworzę,\nSmutno mi, Boże!\nJako na matki odejście się żali\nMała dziecina, tak ja płaczu bliski,\nPatrząc na słońce, co mi rzuca z fali\nOstatnie błyski…\nChoć wiem, że jutro błyśnie nowe zorze,\nSmutno mi, Boże!\nDzisiaj na wielkim morzu obłąkany,\nSto mil od brzegu i sto mil przed brzegiem,\nWidziałem lotne w powietrzu bociany\nDługim szeregiem.\nŻem je znał kiedyś na polskim ugorze,\nSmutno mi, Boże!\nŻem często dumał nad mogiłą ludzi,\nŻem prawie nie znał rodzinnego domu,\nŻem był jak pielgrzym, co się w drodze trudzi\nPrzy blaskach gromu,\nŻe nie wiem, gdzie się w mogiłę położę,\nSmutno mi, Boże!\nTy będziesz widział moje białe kości\nW straż nie oddane kolumnowym czołom;\nAlem jest jako człowiek, co zazdrości\nMogił popiołom…\nWięc, że mieć będę niespokojne łoże,\nSmutno mi, Boże!\nKazano w kraju niewinnej dziecinie\nModlić się za mnie co dzień… a ja przecie\nWiem, że mój okręt nie do kraju płynie,\nPłynąc po świecie…\nWięc, że modlitwa dziecka nic nie może,\nSmutno mi, Boże!\nNa tęczę blasków, którą tak ogromnie\nAnieli Twoi w niebie rozpostarli,\nNowi gdzieś ludzie w sto lat będą po mnie\nPatrzący - marli.\nNim się przed moją nicością ukorzę,\nSmutno mi, Boże!\nPisałem o zachodzie słońca na morzu przed Aleksandrią [19 października 1836]\nJuliusz Słowacki, Hymn, [w] Dzieła wybrane, Wrocław 1984.\nPróbny egzamin maturalny z języka polskiego\nPoziom podstawowy\n9\nTemat 2. Fabryki, huty, kopalnie w oczach Stefana Żeromskiego - nowoczesność i postęp\nczy piekło dla pracujących tam ludzi? Odpowiedz na pytanie, analizując\nzałączone fragmenty Ludzi bezdomnych oraz wykorzystując znajomość całości\npowieści. Zwróć szczególną uwagę na opisy maszyn i pracujących robotników.\nRano przed ósmą Judym zdążał piechotą na dworzec kolejowy. Był to jeden z pierwszych\ndni września. Jeszcze słońce pieściło się z ziemią i posępne, czarne domy obłóczyły na się\nszaty jego świetliste. [ ]\nNa dworcu spotkał już kilka osób, które go uchyleniem kapelusza witały. To jeszcze\nbardziej odbierało mu pewność siebie.\nW dali rozległ się sygnał zwiastujący pociąg i wkrótce, jak barwne dzwona węża6, długie\nciało zaczęło się przeginać w zwrotnicach. W jednym z okien doktor zobaczył Joasię. Była\nubrana w skromny kapelusik podróżny. Miała szarą suknię. [ ]\nSzli szeroką ulicą, po bruku uwalanym w błocie, mówiąc o rzeczach obojętnych. Panna\nJoasia zmuszona była dbać o swą suknię.\nKiedy niekiedy podnosiła oczy pełne blasku i wówczas odrobina żalu za tak sztywne\nprzyjęcie ukazywała się na jej czystej twarzy.\nJudym dostrzegł i to także.\n- Będzie pan łaskaw pokazać mi fabryki tutejsze? - spytała z odrobiną zalotności.\n- Z wielką chęcią Właśnie idziemy [ ]\nWeszli w podwórze fabryczne.\nOtoczyła ich puszcza machin i warsztatów.\nTu hale otwarte, w których wiły się złote węże drutu, gdzie indziej zionęły ogniem jamy\npieców martenowskich, dalej jęczały młoty parowe bijące w belki białej stali.\nKupy węgla, szmelcu, stosy szyn [ ] zagradzały im drogę. Judym miał już wyrobione\npozwolenie zwiedzenia wszystkich robót, a nawet delegowanego specjalistę technika, który\nmiał go, wraz z „kuzynką”, oprowadzić. Technik nawinął się wkrótce, bardziej zapewne\nusposobiony do oprowadzania „kuzynki”, choćby też w towarzystwie lekarza, niż\ndo ślęczenia nad jakimś rysunkiem w kantorze.\nPoszli tedy we troje. [ ] Weszli po schodach na wielki piec.\nWidzieli kaskadę ochładzającą mur rozpalony, trąbę, która prowadzi do jego wnętrza upalne\npowietrze i która zdaje się oddychać jak aorta.\nJoasia nie mogła się dosyć napatrzeć cienkiej smudze szlaki7 tryskającej jak krew z górnego\notworu. Właśnie przy nich przebito piec i ognista rzeka wylała się na ziemię. Cudne iskry\nstrzelały z tego złotego strumienia. Fale jego posłusznie płynęły do łożysk swoich, które im\ndługimi drągami otwierali czarni ludzie w siatkach na twarzy. Łuna stała jeszcze nad tą\nsadzawką ognistą, gdy ją opuścić musieli dążąc gdzie indziej.\nWprowadzono ich do sali maszyn pompujących gorący wicher. Olbrzymie koła o kilkunastu\nmetrach średnicy, do połowy zanurzone w ziemię, toczyły się w swych miejscach bez\nszelestu, w jakimś milczeniu i chwale. W cylindrach, błyszczących jak lustra, coś nieustannie\ncmokało, jakby wielka gęba niechlujnego potwora chłeptała napój. Z innego miejsca wyrywał\nsię dźwięk nie istniejący.\nBył to krótki, urwany śmiech szatana. Serce Joasi było strwożone. Czuła, że ten głos do niej\nsię stosuje, że radosne marzenia o szczęściu, jej cichą miłość zobaczył. Spojrzała na Judyma\nszukając w jego oczach zaprzeczenia, ale ta twarz droga była martwa\n6 jak barwne dzwona węża - jak kolorowe ciało węża\n7 szlaka - produkt odpadowy w procesach hutniczych\nPróbny egzamin maturalny z języka polskiego\nPoziom podstawowy\n10\nObejrzeli piece martenowskie8, które wytwarzają stal odlewaną w kubłach na belki. Te\n„kolby” wędrują stamtąd do walcowni, gdzie znowu w czeluść pieca wrzucone zostaną i do\nbiałości się rozpalą.\nW wielkich halach wyłożonych żelaznymi płytami wszystkie wrota stały otworem.\nPrzeciągi rwały wzdłuż i w poprzek, ochładzając czoła, plecy i ręce, które pali białe żelazo.\nNie istnieją tam płuca chore, nie ma nerwów. Kto chory, ten umiera. Jak ognista kula, pędzi\nna ręcznym wózku przez halę biała belka. Nie widać ludzi, którzy ją dźwigają. Pada na ruszt,\nktóry się z posadzki wydobywa. Jest on jak plecy o kilkunastu metrach długości, wyginające\nsię zupełnie wzorem kręgosłupa i niby z kręgów złożone z kół wydłużonych.\nCzterej olbrzymi czarni ludzie z jednej i czterej z drugiej strony walców, w siatkach\nna twarzy, dzierżąc w ręku długie obcęgi, ujmują belkę w swą władzę. Pchną ją mocno\nmiędzy szeroko rozdziawione walce dolne. Jak bryła masła stal się między nią wślizguje. Po\ntamtej stronie czeka na nią ruszt, który się z ziemi wysunął. Czyny ludzi są płynne, rytmiczne,\nprawie jak taniec. [ ]\nTuż obok latają po ziemi węże stalowe.\nBiały ucinek9 sztaby płonącej, wprowadzony w ciasny otwór, wybiega co chwila\nw przestrzeń, zmierzając do coraz węższych kryjówek. Tam stoją młodzi ludzie z krótkimi\nszczypcami, którzy chwytają pysk węża, gdy się wysuwa, i niosą go swobodnie na salę.\nDopiero gdy ogon stukać zacznie po ziemi, kierują go do innej szczeliny. Drut pędzi z szaloną\nszybkością. Ogon, ginąc w otworze, trzepie się na prawo i lewo jak żywy\nOgłuszający huk\nBelka stalowa spada na kowadło.\nNieruchomy młot parowy zlatuje na nią jak piorun, razem prostym niby uderzenie pięści.\nZgnieciona kolba przybiera formę płaskiego kręgu. Wtedy w środek jego stawiają przyrząd,\nktóry ma wybić otwór, doskonale okrągły. Młot spada raz za razem ze wściekłą siłą. Dzwoni\npotężnym językiem, który odbija się w halach, w powietrzu, w ziemi Z hukiem rozlega się\nlwi ryk żelaza Stęka w nim gniew kopalni zwyciężonej przez silne ramię człowiecze. Krąg\nz wybitym otworem jest kołem lokomotywy. [ ]\nNim stanie na szynach, walczy z ujarzmicielem10. Wyżera mu oczy, a twarz zalewa potem;\npłomieniami, którym je poddał, napełnia jego płuca i serce, na ostre przeciągi wystawione.\nSzarpie mu nerwy w tej samej minucie, gdy młot parowy szarpie i rozbija jego cząsteczki\n[ ]\nSłychać było suchy szczęk żelaza o żelazo Joasia doznała wrażenia, że to jest śpiew.\nPo wielkim huku organów w jakiejś katedrze daje się słyszeć śpiew, śpiew z tłumu,\nbojaźliwy, strwożony Stygnące koło poszło dalej w swą drogę.\nJudym nachylił się do swej towarzyszki i zapytał:\n- Czy widzi pani dobrze pracę tych ludzi?\n- Widzę - rzekła głosem zdumionym.\n- Tak, tak niech się pani dobrze im przyjrzy.\nNie mówili nic więcej ani w halach, ani na ogromnych dziedzińcach zawalonych istnymi\ngórami miału, gruzów, piasku. Wiatr porywał i nosił z miejsca na miejsce pyły i dziwne jakieś\nrdze lotne.\nGdy pożegnali uprzejmego mentora11, minęli wrota fabryki i gdy jej mury daleko zostały,\nszli za miasto.\nStefan Żeromski, Ludzie bezdomni, Warszawa 1956.\n8 piece martenowskie - piece hutnicze\n9 ucinek - kawałek\n10 ujarzmiciel - ten, który ujarzmił, to znaczy pokonał\n11 mentor - doradca, nauczyciel (książk.)\nPróbny egzamin maturalny z języka polskiego\nPoziom podstawowy\n11\nna temat nr\nPróbny egzamin maturalny z języka polskiego\nPoziom podstawowy\n12\nPróbny egzamin maturalny z języka polskiego\nPoziom podstawowy\n13\nPróbny egzamin maturalny z języka polskiego\nPoziom podstawowy\n14\nPróbny egzamin maturalny z języka polskiego\nPoziom podstawowy\n15\nPróbny egzamin maturalny z języka polskiego\nPoziom podstawowy\n16\nBRUDNOPIS (nie podlega ocenie)","answer":null,"answer_text":null,"solution":null,"image":"img/jezyk-polski-2009-styczen-probna-podstawowa/zad-Temat_1.webp","solution_image":null,"topics":null,"page_from":7,"source":"ocr","answer_source":null,"answer_text_source":null,"solution_source":null,"text_source":"ocr","source_label":"Język polski · Matura próbna · styczeń 2009 (podstawowa)","subject_label":"Język polski","category_label":"Matura próbna","text_html":"<p>Temat 1. Dwie postawy człowieka wobec Boga i Jego dzieła.<br>Porównaj pieśń Jana Kochanowskiego Czego chcesz od nas, Panie i Hymn<br>Juliusza Słowackiego. Zwróć uwagę na nastrój obydwu utworów.<br>Jan Kochanowski Pieśń XXV (Czego chcesz od nas, Panie…)<br>Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary?<br>Czego za dobrodziejstwa, którym nie masz miary?<br>Kościół Cię nie ogarnie, wszędy pełno Ciebie,<br>I w otchłaniach, i w morzu, na ziemi, na niebie.<br>Złota też, wiem, nie pragniesz, bo to wszytko Twoje,<br>Cokolwiek na tym świecie człowiek mieni2 swoje.<br>Wdzięcznym Cię tedy sercem, Panie, wyznawamy,<br>Bo nad to przystojniejszej ofiary nie mamy.<br>Tyś Pan wszytkiego świata, Tyś niebo zbudował<br>I złotymi gwiazdami ślicznieś uhaftował;<br>Tyś fundament założył nieobeszłej ziemi<br>I przykryłeś jej nagość zioły rozlicznemi.<br>Za twoim rozkazaniem w brzegach morze stoi,<br>A zamierzonych granic przeskoczyć się boi;<br>Rzeki wód nieprzebranych wielką hojność mają.<br>Biały dzień a noc ciemna swoje czasy znają.<br>Tobie k’woli rozliczne kwiatki Wiosna rodzi,<br>Tobie k’woli w kłosianym wieńcu Lato chodzi.<br>Wino Jesień i jabłka rozmaite dawa,<br>Potym do gotowego gnuśna Zima wstawa.<br>Z Twej łaski rosa na mdłe3 zioła padnie,<br>A zagorzałe4 zboża deszcz ożywia snadnie5;<br>Z Twoich rąk wszelkie źwierzę patrza swej żywności,<br>A Ty każdego żywisz z Twej szczodrobliwości.<br>Bądź na wieki pochwalon, nieśmiertelny Panie!<br>Twoja łaska, Twa dobroć nigdy nie ustanie.<br>Chowaj nas, póki raczysz, na tej niskiej ziemi;<br>Jedno zawżdy niech będziem pod skrzydłami Twemi!<br>Jan Kochanowski, Pieśń XXV, [w:] Antologia polskiej poezji renesansowej, Warszawa 1984.<br>2 mienić - głosić, twierdzić<br>3 mdłe - słabe, wątłe<br>4 zagorzałe - spalone słońcem<br>5 snadnie - łatwo<br>Próbny egzamin maturalny z języka polskiego<br>Poziom podstawowy<br>8<br>Juliusz Słowacki Hymn<br>Smutno mi, Boże! - Dla mnie na zachodzie<br>Rozlałeś tęczę blasków promienistą;<br>Przede mną gasisz w lazurowej wodzie<br>Gwiazdę ognistą…<br>Choć mi tak niebo ty złocisz i morze,<br>Smutno mi, Boże!<br>Jak puste kłosy z podniesioną głową<br>Stoję rozkoszy próżen i dosytu…<br>Dla obcych ludzi mam twarz jednakową,<br>Ciszę błękitu.<br>Ale przed Tobą głąb serca otworzę,<br>Smutno mi, Boże!<br>Jako na matki odejście się żali<br>Mała dziecina, tak ja płaczu bliski,<br>Patrząc na słońce, co mi rzuca z fali<br>Ostatnie błyski…<br>Choć wiem, że jutro błyśnie nowe zorze,<br>Smutno mi, Boże!<br>Dzisiaj na wielkim morzu obłąkany,<br>Sto mil od brzegu i sto mil przed brzegiem,<br>Widziałem lotne w powietrzu bociany<br>Długim szeregiem.<br>Żem je znał kiedyś na polskim ugorze,<br>Smutno mi, Boże!<br>Żem często dumał nad mogiłą ludzi,<br>Żem prawie nie znał rodzinnego domu,<br>Żem był jak pielgrzym, co się w drodze trudzi<br>Przy blaskach gromu,<br>Że nie wiem, gdzie się w mogiłę położę,<br>Smutno mi, Boże!<br>Ty będziesz widział moje białe kości<br>W straż nie oddane kolumnowym czołom;<br>Alem jest jako człowiek, co zazdrości<br>Mogił popiołom…<br>Więc, że mieć będę niespokojne łoże,<br>Smutno mi, Boże!<br>Kazano w kraju niewinnej dziecinie<br>Modlić się za mnie co dzień… a ja przecie<br>Wiem, że mój okręt nie do kraju płynie,<br>Płynąc po świecie…<br>Więc, że modlitwa dziecka nic nie może,<br>Smutno mi, Boże!<br>Na tęczę blasków, którą tak ogromnie<br>Anieli Twoi w niebie rozpostarli,<br>Nowi gdzieś ludzie w sto lat będą po mnie<br>Patrzący - marli.<br>Nim się przed moją nicością ukorzę,<br>Smutno mi, Boże!<br>Pisałem o zachodzie słońca na morzu przed Aleksandrią [19 października 1836]<br>Juliusz Słowacki, Hymn, [w] Dzieła wybrane, Wrocław 1984.<br>Próbny egzamin maturalny z języka polskiego<br>Poziom podstawowy<br>9<br>Temat 2. Fabryki, huty, kopalnie w oczach Stefana Żeromskiego - nowoczesność i postęp<br>czy piekło dla pracujących tam ludzi? Odpowiedz na pytanie, analizując<br>załączone fragmenty Ludzi bezdomnych oraz wykorzystując znajomość całości<br>powieści. Zwróć szczególną uwagę na opisy maszyn i pracujących robotników.<br>Rano przed ósmą Judym zdążał piechotą na dworzec kolejowy. Był to jeden z pierwszych<br>dni września. Jeszcze słońce pieściło się z ziemią i posępne, czarne domy obłóczyły na się<br>szaty jego świetliste. [ ]<br>Na dworcu spotkał już kilka osób, które go uchyleniem kapelusza witały. To jeszcze<br>bardziej odbierało mu pewność siebie.<br>W dali rozległ się sygnał zwiastujący pociąg i wkrótce, jak barwne dzwona węża6, długie<br>ciało zaczęło się przeginać w zwrotnicach. W jednym z okien doktor zobaczył Joasię. Była<br>ubrana w skromny kapelusik podróżny. Miała szarą suknię. [ ]<br>Szli szeroką ulicą, po bruku uwalanym w błocie, mówiąc o rzeczach obojętnych. Panna<br>Joasia zmuszona była dbać o swą suknię.<br>Kiedy niekiedy podnosiła oczy pełne blasku i wówczas odrobina żalu za tak sztywne<br>przyjęcie ukazywała się na jej czystej twarzy.<br>Judym dostrzegł i to także.</p>\n<ul><li>Będzie pan łaskaw pokazać mi fabryki tutejsze? - spytała z odrobiną zalotności.</li><li>Z wielką chęcią Właśnie idziemy [ ]</li></ul>\n<p>Weszli w podwórze fabryczne.<br>Otoczyła ich puszcza machin i warsztatów.<br>Tu hale otwarte, w których wiły się złote węże drutu, gdzie indziej zionęły ogniem jamy<br>pieców martenowskich, dalej jęczały młoty parowe bijące w belki białej stali.<br>Kupy węgla, szmelcu, stosy szyn [ ] zagradzały im drogę. Judym miał już wyrobione<br>pozwolenie zwiedzenia wszystkich robót, a nawet delegowanego specjalistę technika, który<br>miał go, wraz z „kuzynką”, oprowadzić. Technik nawinął się wkrótce, bardziej zapewne<br>usposobiony do oprowadzania „kuzynki”, choćby też w towarzystwie lekarza, niż<br>do ślęczenia nad jakimś rysunkiem w kantorze.<br>Poszli tedy we troje. [ ] Weszli po schodach na wielki piec.<br>Widzieli kaskadę ochładzającą mur rozpalony, trąbę, która prowadzi do jego wnętrza upalne<br>powietrze i która zdaje się oddychać jak aorta.<br>Joasia nie mogła się dosyć napatrzeć cienkiej smudze szlaki7 tryskającej jak krew z górnego<br>otworu. Właśnie przy nich przebito piec i ognista rzeka wylała się na ziemię. Cudne iskry<br>strzelały z tego złotego strumienia. Fale jego posłusznie płynęły do łożysk swoich, które im<br>długimi drągami otwierali czarni ludzie w siatkach na twarzy. Łuna stała jeszcze nad tą<br>sadzawką ognistą, gdy ją opuścić musieli dążąc gdzie indziej.<br>Wprowadzono ich do sali maszyn pompujących gorący wicher. Olbrzymie koła o kilkunastu<br>metrach średnicy, do połowy zanurzone w ziemię, toczyły się w swych miejscach bez<br>szelestu, w jakimś milczeniu i chwale. W cylindrach, błyszczących jak lustra, coś nieustannie<br>cmokało, jakby wielka gęba niechlujnego potwora chłeptała napój. Z innego miejsca wyrywał<br>się dźwięk nie istniejący.<br>Był to krótki, urwany śmiech szatana. Serce Joasi było strwożone. Czuła, że ten głos do niej<br>się stosuje, że radosne marzenia o szczęściu, jej cichą miłość zobaczył. Spojrzała na Judyma<br>szukając w jego oczach zaprzeczenia, ale ta twarz droga była martwa<br>6 jak barwne dzwona węża - jak kolorowe ciało węża<br>7 szlaka - produkt odpadowy w procesach hutniczych<br>Próbny egzamin maturalny z języka polskiego<br>Poziom podstawowy<br>10<br>Obejrzeli piece martenowskie8, które wytwarzają stal odlewaną w kubłach na belki. Te<br>„kolby” wędrują stamtąd do walcowni, gdzie znowu w czeluść pieca wrzucone zostaną i do<br>białości się rozpalą.<br>W wielkich halach wyłożonych żelaznymi płytami wszystkie wrota stały otworem.<br>Przeciągi rwały wzdłuż i w poprzek, ochładzając czoła, plecy i ręce, które pali białe żelazo.<br>Nie istnieją tam płuca chore, nie ma nerwów. Kto chory, ten umiera. Jak ognista kula, pędzi<br>na ręcznym wózku przez halę biała belka. Nie widać ludzi, którzy ją dźwigają. Pada na ruszt,<br>który się z posadzki wydobywa. Jest on jak plecy o kilkunastu metrach długości, wyginające<br>się zupełnie wzorem kręgosłupa i niby z kręgów złożone z kół wydłużonych.<br>Czterej olbrzymi czarni ludzie z jednej i czterej z drugiej strony walców, w siatkach<br>na twarzy, dzierżąc w ręku długie obcęgi, ujmują belkę w swą władzę. Pchną ją mocno<br>między szeroko rozdziawione walce dolne. Jak bryła masła stal się między nią wślizguje. Po<br>tamtej stronie czeka na nią ruszt, który się z ziemi wysunął. Czyny ludzi są płynne, rytmiczne,<br>prawie jak taniec. [ ]<br>Tuż obok latają po ziemi węże stalowe.<br>Biały ucinek9 sztaby płonącej, wprowadzony w ciasny otwór, wybiega co chwila<br>w przestrzeń, zmierzając do coraz węższych kryjówek. Tam stoją młodzi ludzie z krótkimi<br>szczypcami, którzy chwytają pysk węża, gdy się wysuwa, i niosą go swobodnie na salę.<br>Dopiero gdy ogon stukać zacznie po ziemi, kierują go do innej szczeliny. Drut pędzi z szaloną<br>szybkością. Ogon, ginąc w otworze, trzepie się na prawo i lewo jak żywy<br>Ogłuszający huk<br>Belka stalowa spada na kowadło.<br>Nieruchomy młot parowy zlatuje na nią jak piorun, razem prostym niby uderzenie pięści.<br>Zgnieciona kolba przybiera formę płaskiego kręgu. Wtedy w środek jego stawiają przyrząd,<br>który ma wybić otwór, doskonale okrągły. Młot spada raz za razem ze wściekłą siłą. Dzwoni<br>potężnym językiem, który odbija się w halach, w powietrzu, w ziemi Z hukiem rozlega się<br>lwi ryk żelaza Stęka w nim gniew kopalni zwyciężonej przez silne ramię człowiecze. Krąg<br>z wybitym otworem jest kołem lokomotywy. [ ]<br>Nim stanie na szynach, walczy z ujarzmicielem10. Wyżera mu oczy, a twarz zalewa potem;<br>płomieniami, którym je poddał, napełnia jego płuca i serce, na ostre przeciągi wystawione.<br>Szarpie mu nerwy w tej samej minucie, gdy młot parowy szarpie i rozbija jego cząsteczki<br>[ ]<br>Słychać było suchy szczęk żelaza o żelazo Joasia doznała wrażenia, że to jest śpiew.<br>Po wielkim huku organów w jakiejś katedrze daje się słyszeć śpiew, śpiew z tłumu,<br>bojaźliwy, strwożony Stygnące koło poszło dalej w swą drogę.<br>Judym nachylił się do swej towarzyszki i zapytał:</p>\n<ul><li>Czy widzi pani dobrze pracę tych ludzi?</li><li>Widzę - rzekła głosem zdumionym.</li><li>Tak, tak niech się pani dobrze im przyjrzy.</li></ul>\n<p>Nie mówili nic więcej ani w halach, ani na ogromnych dziedzińcach zawalonych istnymi<br>górami miału, gruzów, piasku. Wiatr porywał i nosił z miejsca na miejsce pyły i dziwne jakieś<br>rdze lotne.<br>Gdy pożegnali uprzejmego mentora11, minęli wrota fabryki i gdy jej mury daleko zostały,<br>szli za miasto.<br>Stefan Żeromski, Ludzie bezdomni, Warszawa 1956.<br>8 piece martenowskie - piece hutnicze<br>9 ucinek - kawałek<br>10 ujarzmiciel - ten, który ujarzmił, to znaczy pokonał<br>11 mentor - doradca, nauczyciel (książk.)<br>Próbny egzamin maturalny z języka polskiego<br>Poziom podstawowy<br>11<br>na temat nr<br>Próbny egzamin maturalny z języka polskiego<br>Poziom podstawowy<br>12<br>Próbny egzamin maturalny z języka polskiego<br>Poziom podstawowy<br>13<br>Próbny egzamin maturalny z języka polskiego<br>Poziom podstawowy<br>14<br>Próbny egzamin maturalny z języka polskiego<br>Poziom podstawowy<br>15<br>Próbny egzamin maturalny z języka polskiego<br>Poziom podstawowy<br>16<br>BRUDNOPIS (nie podlega ocenie)</p>","solutions":[]}