{"id":"jezyk-polski-2010-maj-matura-podstawowa/zad/Temat 1","paper_id":"jezyk-polski-2010-maj-matura-podstawowa","number":"Temat 1","points":null,"ptype":"open","subject":"jezyk-polski","category":"matura","year":2010,"month":"maj","level":"podstawowa","text":"Temat 1. Na\npodstawie\npodanych\nfragmentów\nkomedii\nMoliera\nŚwiętoszek\nscharakteryzuj głównego bohatera oraz omów postawy Orgona, Kleanta\ni Elmiry wobec tytułowej postaci.\nŚwiętoszek\nAkt I, Scena 6.\nOrgon, Kleant\nKleant\nJakież czary znalazłeś dziwne w tym przybłędzie,\nŻe poza nim nic zgoła nie chcesz mieć na względzie?\nŻe przyjąwszy w dom własny, dobywszy go z nędzy,\nTeraz jeszcze\nOrgon\nMój szwagrze, nie sądź rzeczy prędzej,\nAż sam poznasz człowieka, o którego chodzi!\nKleant\nNie znam go dotąd, prawda, lecz mniemać się godzi,\nŻe nie trudno jest zgadnąć, co to za jegomość\nPoziom podstawowy\n7\nOrgon\nMój bracie, rozkosz sprawi ci jego znajomość,\nDziwne uczucie szczęścia w twą duszę zawita.\nBo też to człowiek człowiek no, człowiek i kwita.\nKto z nim żyje, błogiego zażywa spokoju,\nNa cały świat spogląda jak na kupkę gnoju;\nPrzy nim cała się moja odradza istota,\nOn wyzwala mą duszę z doczesnego błota,\nDzięki niemu, z przywiązań ziemskich oczyszczony,\nMógłbym na zgon dziś patrzeć matki, dzieci, żony\nI nie uczułbym w sercu, ot, nawet ukłucia.\nKleant\nA, to niezwykle ludzkie w istocie uczucia!\nOrgon\nAch, gdybyś wiedział, jak go poznałem niechcący,\nNie dziwiłbyś się mojej przyjaźni gorącej!\nKażdego dnia biedaczek ten o słodkiej twarzy\nOpodal mnie pokornie klękał u ołtarzy,\nA zapał, z jakim wznosił do nieba swe modły,\nOczy wszystkich obecnych wciąż ku niemu wiodły:\nTo wzdychał, to się krzyżem rozkładał na ziemi,\nAby dotknąć posadzki usty pokornemi,\nA gdym wychodził, za mną pospieszał w zawody,\nAby w drzwiach jeszcze podać mi święconej wody.\nŻe zaś mnie sługa jego objaśnił czym prędzej,\nKto on zacz, i wyjawił, że jest w srogiej nędzy,\nChciałem go wspomóc, ale on, skromny bez miary,\nZwracał mi nieodmiennie część mojej ofiary.\n„To za wiele - powiadał - połowa dość będzie,\nI tak łaski twej nadto doznaję w tym względzie”.\nGdym zaś wzbraniał się przyjąć, zgadnij, co on pocznie:\nResztę biednym w mych oczach rozdzielał bezzwłocznie.\nSłowem, niebo go wwiodło w domu mego progi,\nA z nim weszła pomyślność wszelka, spokój błogi.\nOn o wszystko się troszczy, nawet o mą żonę -\nO mój honor starania ma nieocenione -\nJego straże każdemu do niej wstępu bronią\nI bardziej niż ja stokroć zazdrosny jest o nią.\nA przy tym sam dla siebie, ach, jakiż surowy!\nW lada drobnostce grzechu już dojrzeć gotowy,\nZa rzecz najbłahszą żąda pokuty i kary:\nWszakci sam się obwinił, skruszony bez miary,\nŻe kiedyś w uniesieniu grzesznym, Bóg mi świadkiem,\nPchłę zabił, przy pacierzu schwyconą przypadkiem.\nKleant\nCzyś ty oszalał, bracie, czy też od godziny\nBajaniem takim stroisz sobie ze mnie drwiny?\nCo ty chcesz wmówić we mnie? Czy myślisz, że można\nOrgon\nMój bracie, twoja mowa jest wielce bezbożna\nWiem, że brat ku tym błędom chętnie ucha skłania,\nI nigdy nie taiłem o tym mego zdania,\nŻe ci to niedowiarstwo nie wyjdzie na zdrowie.\nPoziom podstawowy\n8\nKleant\nOto, jakiego ćwieka każdy z was ma w głowie:\nŻądacie, aby wszyscy ludzie byli ślepi,\nI bezbożnikiem dla was jest, kto widzi lepiej!\nKto przed waszym bałwanem nie uchyli czoła,\nDla tego już na świecie nic świętego zgoła!\nNie, bracie, twych pogróżek głos mnie nie poruszy.\nWiem, co mówię, a Pan Bóg czyta w mojej duszy.\nMów, co chcesz, ja przy swoim sądzie pozostanę:\nSą udane świętoszki, jak zuchy udane;\nTak jak na polu walki nie tego człowieka\nMam za najdzielniejszego, co najgłośniej szczeka,\nTak samo i pobożność szczerą w sercu kryje\nNie ten, co leżąc krzyżem, skręca sobie szyję.\nCóż u licha! Rozróżnić czyliż to tak trudno\nMiędzy świątobliwością szczerą a obłudną? […]\nTak znów nic mnie nie mierzi bardziej na tej ziemi\nNiż fałsz, co się pozory barwi nabożnemi,\nNiż owi obłudnicy, nędzne szarlatany,\nKtórzy podłych grymasów dewocji udanej\nUżywają bezkarnie, by ciągnąć korzyści\nZ tego, co ludzie w sercu swym wielbią najczyściej. […]\nI gdy chcą kogoś zgubić, osłonią, gdy trzeba,\nSwoją własną nienawiść interesem nieba - […]\nTakich w świecie szalbierzy wielu brat obaczy,\nLecz szczera bogobojność wygląda inaczej.\nAKT IV, Scena 5.\nTartuffe, Elmira, Orgon pod stołem\nTartuffe\nLecz skoro hołd mój widzisz okiem tak łaskawem,\nCzemuż nie chcesz obdarzyć bardziej słodkim prawem?\nElmira\nLecz jakże mogę chęci okazać łaskawsze,\nNie obrażając nieba, którym grozisz zawsze?\nTartuffe\nJeżeli tylko niebo nam na drodze stoi,\nUsunąć tę zawadę leży w mocy mojej:\nPrzeszkodą to nie będzie szczęśliwości naszej.\nElmira\nLecz kara niebios wieczna, którą pan nas straszy?\nTartuffe\nMogę rozproszyć pani dziecinne obawy,\nW zwalczaniu tych skrupułów mam bo nieco wprawy.\nPrawda, że w oczach nieba rzecz to nieco zdrożna\nLecz i z niebem dać rady jakoś sobie można:\nJest sztuka, która wedle potrzeby przemienia,\nRozluźnia, ścieśnia węzły naszego sumienia\nI która umie zmniejszyć złych czynów rozmiary,\nJeżeli czyste dla nich wynajdzie zamiary.\nNa zgłębienie tajemnic tych nadejdzie kolej,\nNiech mi się tylko pani prowadzić pozwoli!\nChciej spełnić me pragnienia, a ja w tej potrzebie\nOdpowiadam za wszystko, grzech biorę na siebie!\n[…]\nPoziom podstawowy\n9\nSłowem, brać tych skrupułów nie trzeba dosłownie:\nWszak wiedzieć nikt nie będzie, a niech pani wierzy,\nŻe zło naszych postępków w ich rozgłosie leży.\nZgorszenie świata - oto, co sumienie gniecie,\nI wcale ten nie grzeszy, kto grzeszy w sekrecie. […]\nElmira\nZechciej pan drzwi otworzyć i spojrzeć dokoła,\nCzy mój mąż w jaki sposób zajść tu nas nie zdoła!\nTartuffe\nSkądże ta troska w pani dziś się mogła zrodzić?\nWszak to człowiek stworzony, by go za nos wodzić.\ntłum. T. Żeleński-Boy\nMolier, Świętoszek, Kraków 2008\nTemat 2. Na podstawie podanego fragmentu utworu Hanny Krall Zdążyć przed Panem\nBogiem przedstaw przemyślenia Marka Edelmana o możliwościach godnego\nżycia w czasach Zagłady i różnych poglądach na temat godnej śmierci.\nZdążyć przed Panem Bogiem\nTeodozja Goliborska mówiła mi, że w szpitalu domyślali się jego (Marka Edelmana)\ninnych zajęć, o które nie należało pytać, więc nie wymagali od niego wiele, tyle że codziennie\nodnosił do stacji sanitarno-epidemiologicznej krew chorych na tyfus, a później mógł już zająć\nmiejsce przy wejściu na Umschlagplatz i stać tam codziennie przez sześć tygodni, aż te\nczterysta tysięcy ludzi przejdzie obok niego w drodze do wagonów. […]\nKrzyczy (Marek Edelman), że ja (Hanna Krall) pewnie uważam biegnących do wagonu\nza gorszych od tych, którzy strzelają. Jasne, na pewno uważam, przecież tak uważają\nwszyscy, nawet ten profesor amerykański, który go niedawno odwiedził, mówił mu: „Szliście\njak barany na śmierć.” Amerykański profesor wylądował gdzieś na francuskiej plaży, biegł\nczterysta czy pięćset metrów pod morderczym ogniem, nie schylając się i nie padając, i był\nranny, a teraz uważa, że jak ktoś przebiegnie taką plażę, to może później mówić - „człowiek\npowinien biec” albo „człowiek powinien strzelać”, albo - „szliście na śmierć jak barany.”\nŻona profesora dodała, że strzały są potrzebne przyszłym pokoleniom. Śmierć ludzi ginących\nw milczeniu jest niczym, bo nic nie pozostawia po sobie, a ci, co strzelają, pozostawiają\nlegendę - jej i jej amerykańskim dzieciom.\nDoskonale rozumiał, że profesor, który ma blizny po ranach, ordery i katedrę, pragnie\njeszcze mieć i te strzały w swojej historii, próbował jednak wytłumaczyć mu różne rzeczy -\nże śmierć w komorze gazowej nie jest gorsza od śmierci w walce i że niegodna śmierć jest\ntylko wtedy, kiedy się próbowało przeżyć cudzym kosztem - ale nie udało mu się niczego\nwytłumaczyć, bo znowu zaczął krzyczeć i jakaś pani, która tam była, starała się go\nusprawiedliwić: „Wybaczcie mu”, prosiła z zażenowaniem, „jemu trzeba wybaczyć…”\n- Moje dziecko - mówi - musisz to wreszcie zrozumieć: ci ludzie szli spokojnie i godnie.\nTo jest straszna rzecz, kiedy się idzie tak spokojnie na śmierć. To jest znacznie trudniejsze\nod strzelania. Przecież o wiele łatwiej się umiera, strzelając, o wiele łatwiej było umierać nam\nniż człowiekowi, który idzie do wagonu, a potem jedzie wagonem, a potem kopie sobie dół,\na potem rozbiera się do naga… Już to rozumiesz? - pyta.\n- Tak - mówię. - To tak. - Bo przecież o tyle łatwiej nam patrzeć na ich śmierć, kiedy\nstrzelają, niż na człowieka, który kopie sobie dół.\n- Widziałem kiedyś na Żelaznej zbiegowisko. Ludzie tłoczyli się na ulicy dookoła beczki -\nzwyczajnej drewnianej beczki, na której stał Żyd. Był stary, niski i miał długą brodę.\nPoziom podstawowy\n10\nPrzy nim stało dwóch niemieckich oficerów. (Dwóch pięknych, rosłych mężczyzn przy\nmałym, zgarbionym Żydzie.) I ci Niemcy wielkimi krawieckimi nożycami obcinali Żydowi\npo kawałeczku jego długą brodę, zaśmiewając się do rozpuku.\nTłum, który ich otaczał, też się śmiał. Bo obiektywnie to naprawdę było śmieszne: mały\nczłowieczek na drewnianej beczce z coraz krótszą brodą, ginącą pod krawieckimi nożycami.\nJak gag filmowy.\nNie było jeszcze getta, więc w tej scenie nie czuło się grozy. Z Żydem przecież nic\nstrasznego się nie działo: tyle że można go było bezkarnie na tej beczce postawić, że ludzie\nzaczynali rozumieć, że to jest bezkarne i że budził śmiech.\nWiesz co?\nWtedy zrozumiałem, że najważniejsze ze wszystkiego jest nie dać się wepchnąć na beczkę.\nNigdy, przez nikogo. Rozumiesz?\nWszystko, co robiłem potem - robiłem dlatego, żeby nie dać się wepchnąć. […]\nPrzed wojną byłeś nikim. Więc jak się to stało, że trzy lata później byłeś członkiem\nkomendy ŻOB-u? Byłeś jednym z pięciu ludzi wybranych spośród trzystu tysięcy…\n- To nie ja powinienem tam być. Tam miał być… No, wszystko jedno. Nazwijmy go\n„Adam”. Skończył przed wojną podchorążówkę, brał udział w kampanii wrześniowej,\nw obronie Modlina. Wszyscy znali jego odwagę. Przez długie lata był moim prawdziwym\nbożyszczem.\nPewnego dnia szliśmy razem Lesznem, na ulicy były tłumy ludzi i nagle jacyś esesowcy\nzaczęli strzelać.\nTłum rzucił się do ucieczki. On też.\nWiesz, ja sobie w ogóle przedtem nie wyobrażałem, że on się może czegokolwiek bać.\nA on, mój idol, uciekał.\nBo on był przyzwyczajony do tego, że zawsze miał broń: w podchorążówce, w Warszawie,\nwe Wrześniu, w Modlinie. Tamci mieli broń i on miał broń, więc był odważny. A kiedy stało\nsię tak, że tamci strzelali, a on nie mógł strzelać - był już innym człowiekiem.\nNastąpiło to właściwie bez słowa, z dnia na dzień; po prostu przestał działać. I kiedy miało\nbyć pierwsze posiedzenie Komendy, on już się nie nadawał do tego, żeby tam iść. Więc ja\nposzedłem.\nMiał taką dziewczynę, Anię. Zabrali ją na Pawiak - później wydostała się zresztą, ale jak\nją zabrali, on się załamał zupełnie. Przyszedł do nas, oparł się rękami o stół i zaczął mówić,\nże i tak jesteśmy straceni, i że nas wyrżną, że jesteśmy młodzi i powinniśmy uciekać\ndo lasu…\nNikt mu nie przerwał.\nJuż wyszedł - ktoś powiedział: „To dlatego, że ją zabrali. Teraz nie ma już po co żyć.\nTeraz zginie.” Każdy musiał wtedy mieć kogoś, wokół kogo kręciło się jego życie, dla kogo\nmógł działać. Bierność oznaczała pewną śmierć. Działanie było jedyną szansą przetrwania.\nTrzeba było coś robić, gdzieś iść.\nTa krzątanina nie miała żadnego znaczenia, bo i tak wszyscy ginęli, ale człowiek\nnie czekał na swoją kolej bezczynnie.\nJa krzątałem się wokół Umschlagplatzu - miałem dzięki naszym ludziom z policji\nwyprowadzać tych, którzy byli nam najbardziej potrzebni. Jednego dnia wyciągnąłem\nchłopaka z dziewczyną - on był z drukarni, a ona była dobrą łączniczką. Zginęli wkrótce\noboje, on w powstaniu, ale zdążył jeszcze wydrukować przedtem jedną gazetkę, a ona\nna Umschlagplatzu, ale zdążyła jeszcze przedtem ją rozkolportować.\nJaki to miało sens, chcesz zapytać?\nŻadnego. Nie stało się dzięki temu na beczce. To wszystko.\nHanna Krall, Zdążyć przed Panem Bogiem, Warszawa 1992\nPoziom podstawowy\n11\nna temat nr\nPoziom podstawowy\n12\nPoziom podstawowy\n13\nPoziom podstawowy\n14\nPoziom podstawowy\n15\nPoziom podstawowy\n16\nBRUDNOPIS (nie podlega ocenie)","answer":null,"answer_text":null,"solution":null,"image":"img/jezyk-polski-2010-maj-matura-podstawowa/zad-Temat_1.webp","solution_image":null,"topics":null,"page_from":6,"source":"ocr","answer_source":null,"answer_text_source":null,"solution_source":null,"text_source":"ocr","source_label":"Język polski · Matura · maj 2010 (podstawowa)","subject_label":"Język polski","category_label":"Matura","text_html":"<p>Temat 1. Na<br>podstawie<br>podanych<br>fragmentów<br>komedii<br>Moliera<br>Świętoszek<br>scharakteryzuj głównego bohatera oraz omów postawy Orgona, Kleanta<br>i Elmiry wobec tytułowej postaci.<br>Świętoszek<br>Akt I, Scena 6.<br>Orgon, Kleant<br>Kleant<br>Jakież czary znalazłeś dziwne w tym przybłędzie,<br>Że poza nim nic zgoła nie chcesz mieć na względzie?<br>Że przyjąwszy w dom własny, dobywszy go z nędzy,<br>Teraz jeszcze<br>Orgon<br>Mój szwagrze, nie sądź rzeczy prędzej,<br>Aż sam poznasz człowieka, o którego chodzi!<br>Kleant<br>Nie znam go dotąd, prawda, lecz mniemać się godzi,<br>Że nie trudno jest zgadnąć, co to za jegomość<br>Poziom podstawowy<br>7<br>Orgon<br>Mój bracie, rozkosz sprawi ci jego znajomość,<br>Dziwne uczucie szczęścia w twą duszę zawita.<br>Bo też to człowiek człowiek no, człowiek i kwita.<br>Kto z nim żyje, błogiego zażywa spokoju,<br>Na cały świat spogląda jak na kupkę gnoju;<br>Przy nim cała się moja odradza istota,<br>On wyzwala mą duszę z doczesnego błota,<br>Dzięki niemu, z przywiązań ziemskich oczyszczony,<br>Mógłbym na zgon dziś patrzeć matki, dzieci, żony<br>I nie uczułbym w sercu, ot, nawet ukłucia.<br>Kleant<br>A, to niezwykle ludzkie w istocie uczucia!<br>Orgon<br>Ach, gdybyś wiedział, jak go poznałem niechcący,<br>Nie dziwiłbyś się mojej przyjaźni gorącej!<br>Każdego dnia biedaczek ten o słodkiej twarzy<br>Opodal mnie pokornie klękał u ołtarzy,<br>A zapał, z jakim wznosił do nieba swe modły,<br>Oczy wszystkich obecnych wciąż ku niemu wiodły:<br>To wzdychał, to się krzyżem rozkładał na ziemi,<br>Aby dotknąć posadzki usty pokornemi,<br>A gdym wychodził, za mną pospieszał w zawody,<br>Aby w drzwiach jeszcze podać mi święconej wody.<br>Że zaś mnie sługa jego objaśnił czym prędzej,<br>Kto on zacz, i wyjawił, że jest w srogiej nędzy,<br>Chciałem go wspomóc, ale on, skromny bez miary,<br>Zwracał mi nieodmiennie część mojej ofiary.<br>„To za wiele - powiadał - połowa dość będzie,<br>I tak łaski twej nadto doznaję w tym względzie”.<br>Gdym zaś wzbraniał się przyjąć, zgadnij, co on pocznie:<br>Resztę biednym w mych oczach rozdzielał bezzwłocznie.<br>Słowem, niebo go wwiodło w domu mego progi,<br>A z nim weszła pomyślność wszelka, spokój błogi.<br>On o wszystko się troszczy, nawet o mą żonę -<br>O mój honor starania ma nieocenione -<br>Jego straże każdemu do niej wstępu bronią<br>I bardziej niż ja stokroć zazdrosny jest o nią.<br>A przy tym sam dla siebie, ach, jakiż surowy!<br>W lada drobnostce grzechu już dojrzeć gotowy,<br>Za rzecz najbłahszą żąda pokuty i kary:<br>Wszakci sam się obwinił, skruszony bez miary,<br>Że kiedyś w uniesieniu grzesznym, Bóg mi świadkiem,<br>Pchłę zabił, przy pacierzu schwyconą przypadkiem.<br>Kleant<br>Czyś ty oszalał, bracie, czy też od godziny<br>Bajaniem takim stroisz sobie ze mnie drwiny?<br>Co ty chcesz wmówić we mnie? Czy myślisz, że można<br>Orgon<br>Mój bracie, twoja mowa jest wielce bezbożna<br>Wiem, że brat ku tym błędom chętnie ucha skłania,<br>I nigdy nie taiłem o tym mego zdania,<br>Że ci to niedowiarstwo nie wyjdzie na zdrowie.<br>Poziom podstawowy<br>8<br>Kleant<br>Oto, jakiego ćwieka każdy z was ma w głowie:<br>Żądacie, aby wszyscy ludzie byli ślepi,<br>I bezbożnikiem dla was jest, kto widzi lepiej!<br>Kto przed waszym bałwanem nie uchyli czoła,<br>Dla tego już na świecie nic świętego zgoła!<br>Nie, bracie, twych pogróżek głos mnie nie poruszy.<br>Wiem, co mówię, a Pan Bóg czyta w mojej duszy.<br>Mów, co chcesz, ja przy swoim sądzie pozostanę:<br>Są udane świętoszki, jak zuchy udane;<br>Tak jak na polu walki nie tego człowieka<br>Mam za najdzielniejszego, co najgłośniej szczeka,<br>Tak samo i pobożność szczerą w sercu kryje<br>Nie ten, co leżąc krzyżem, skręca sobie szyję.<br>Cóż u licha! Rozróżnić czyliż to tak trudno<br>Między świątobliwością szczerą a obłudną? […]<br>Tak znów nic mnie nie mierzi bardziej na tej ziemi<br>Niż fałsz, co się pozory barwi nabożnemi,<br>Niż owi obłudnicy, nędzne szarlatany,<br>Którzy podłych grymasów dewocji udanej<br>Używają bezkarnie, by ciągnąć korzyści<br>Z tego, co ludzie w sercu swym wielbią najczyściej. […]<br>I gdy chcą kogoś zgubić, osłonią, gdy trzeba,<br>Swoją własną nienawiść interesem nieba - […]<br>Takich w świecie szalbierzy wielu brat obaczy,<br>Lecz szczera bogobojność wygląda inaczej.<br>AKT IV, Scena 5.<br>Tartuffe, Elmira, Orgon pod stołem<br>Tartuffe<br>Lecz skoro hołd mój widzisz okiem tak łaskawem,<br>Czemuż nie chcesz obdarzyć bardziej słodkim prawem?<br>Elmira<br>Lecz jakże mogę chęci okazać łaskawsze,<br>Nie obrażając nieba, którym grozisz zawsze?<br>Tartuffe<br>Jeżeli tylko niebo nam na drodze stoi,<br>Usunąć tę zawadę leży w mocy mojej:<br>Przeszkodą to nie będzie szczęśliwości naszej.<br>Elmira<br>Lecz kara niebios wieczna, którą pan nas straszy?<br>Tartuffe<br>Mogę rozproszyć pani dziecinne obawy,<br>W zwalczaniu tych skrupułów mam bo nieco wprawy.<br>Prawda, że w oczach nieba rzecz to nieco zdrożna<br>Lecz i z niebem dać rady jakoś sobie można:<br>Jest sztuka, która wedle potrzeby przemienia,<br>Rozluźnia, ścieśnia węzły naszego sumienia<br>I która umie zmniejszyć złych czynów rozmiary,<br>Jeżeli czyste dla nich wynajdzie zamiary.<br>Na zgłębienie tajemnic tych nadejdzie kolej,<br>Niech mi się tylko pani prowadzić pozwoli!<br>Chciej spełnić me pragnienia, a ja w tej potrzebie<br>Odpowiadam za wszystko, grzech biorę na siebie!<br>[…]<br>Poziom podstawowy<br>9<br>Słowem, brać tych skrupułów nie trzeba dosłownie:<br>Wszak wiedzieć nikt nie będzie, a niech pani wierzy,<br>Że zło naszych postępków w ich rozgłosie leży.<br>Zgorszenie świata - oto, co sumienie gniecie,<br>I wcale ten nie grzeszy, kto grzeszy w sekrecie. […]<br>Elmira<br>Zechciej pan drzwi otworzyć i spojrzeć dokoła,<br>Czy mój mąż w jaki sposób zajść tu nas nie zdoła!<br>Tartuffe<br>Skądże ta troska w pani dziś się mogła zrodzić?<br>Wszak to człowiek stworzony, by go za nos wodzić.<br>tłum. T. Żeleński-Boy<br>Molier, Świętoszek, Kraków 2008<br>Temat 2. Na podstawie podanego fragmentu utworu Hanny Krall Zdążyć przed Panem<br>Bogiem przedstaw przemyślenia Marka Edelmana o możliwościach godnego<br>życia w czasach Zagłady i różnych poglądach na temat godnej śmierci.<br>Zdążyć przed Panem Bogiem<br>Teodozja Goliborska mówiła mi, że w szpitalu domyślali się jego (Marka Edelmana)<br>innych zajęć, o które nie należało pytać, więc nie wymagali od niego wiele, tyle że codziennie<br>odnosił do stacji sanitarno-epidemiologicznej krew chorych na tyfus, a później mógł już zająć<br>miejsce przy wejściu na Umschlagplatz i stać tam codziennie przez sześć tygodni, aż te<br>czterysta tysięcy ludzi przejdzie obok niego w drodze do wagonów. […]<br>Krzyczy (Marek Edelman), że ja (Hanna Krall) pewnie uważam biegnących do wagonu<br>za gorszych od tych, którzy strzelają. Jasne, na pewno uważam, przecież tak uważają<br>wszyscy, nawet ten profesor amerykański, który go niedawno odwiedził, mówił mu: „Szliście<br>jak barany na śmierć.” Amerykański profesor wylądował gdzieś na francuskiej plaży, biegł<br>czterysta czy pięćset metrów pod morderczym ogniem, nie schylając się i nie padając, i był<br>ranny, a teraz uważa, że jak ktoś przebiegnie taką plażę, to może później mówić - „człowiek<br>powinien biec” albo „człowiek powinien strzelać”, albo - „szliście na śmierć jak barany.”<br>Żona profesora dodała, że strzały są potrzebne przyszłym pokoleniom. Śmierć ludzi ginących<br>w milczeniu jest niczym, bo nic nie pozostawia po sobie, a ci, co strzelają, pozostawiają<br>legendę - jej i jej amerykańskim dzieciom.<br>Doskonale rozumiał, że profesor, który ma blizny po ranach, ordery i katedrę, pragnie<br>jeszcze mieć i te strzały w swojej historii, próbował jednak wytłumaczyć mu różne rzeczy -<br>że śmierć w komorze gazowej nie jest gorsza od śmierci w walce i że niegodna śmierć jest<br>tylko wtedy, kiedy się próbowało przeżyć cudzym kosztem - ale nie udało mu się niczego<br>wytłumaczyć, bo znowu zaczął krzyczeć i jakaś pani, która tam była, starała się go<br>usprawiedliwić: „Wybaczcie mu”, prosiła z zażenowaniem, „jemu trzeba wybaczyć…”</p>\n<ul><li>Moje dziecko - mówi - musisz to wreszcie zrozumieć: ci ludzie szli spokojnie i godnie.</li></ul>\n<p>To jest straszna rzecz, kiedy się idzie tak spokojnie na śmierć. To jest znacznie trudniejsze<br>od strzelania. Przecież o wiele łatwiej się umiera, strzelając, o wiele łatwiej było umierać nam<br>niż człowiekowi, który idzie do wagonu, a potem jedzie wagonem, a potem kopie sobie dół,<br>a potem rozbiera się do naga… Już to rozumiesz? - pyta.</p>\n<ul><li>Tak - mówię. - To tak. - Bo przecież o tyle łatwiej nam patrzeć na ich śmierć, kiedy</li></ul>\n<p>strzelają, niż na człowieka, który kopie sobie dół.</p>\n<ul><li>Widziałem kiedyś na Żelaznej zbiegowisko. Ludzie tłoczyli się na ulicy dookoła beczki -</li></ul>\n<p>zwyczajnej drewnianej beczki, na której stał Żyd. Był stary, niski i miał długą brodę.<br>Poziom podstawowy<br>10<br>Przy nim stało dwóch niemieckich oficerów. (Dwóch pięknych, rosłych mężczyzn przy<br>małym, zgarbionym Żydzie.) I ci Niemcy wielkimi krawieckimi nożycami obcinali Żydowi<br>po kawałeczku jego długą brodę, zaśmiewając się do rozpuku.<br>Tłum, który ich otaczał, też się śmiał. Bo obiektywnie to naprawdę było śmieszne: mały<br>człowieczek na drewnianej beczce z coraz krótszą brodą, ginącą pod krawieckimi nożycami.<br>Jak gag filmowy.<br>Nie było jeszcze getta, więc w tej scenie nie czuło się grozy. Z Żydem przecież nic<br>strasznego się nie działo: tyle że można go było bezkarnie na tej beczce postawić, że ludzie<br>zaczynali rozumieć, że to jest bezkarne i że budził śmiech.<br>Wiesz co?<br>Wtedy zrozumiałem, że najważniejsze ze wszystkiego jest nie dać się wepchnąć na beczkę.<br>Nigdy, przez nikogo. Rozumiesz?<br>Wszystko, co robiłem potem - robiłem dlatego, żeby nie dać się wepchnąć. […]<br>Przed wojną byłeś nikim. Więc jak się to stało, że trzy lata później byłeś członkiem<br>komendy ŻOB-u? Byłeś jednym z pięciu ludzi wybranych spośród trzystu tysięcy…</p>\n<ul><li>To nie ja powinienem tam być. Tam miał być… No, wszystko jedno. Nazwijmy go</li></ul>\n<p>„Adam”. Skończył przed wojną podchorążówkę, brał udział w kampanii wrześniowej,<br>w obronie Modlina. Wszyscy znali jego odwagę. Przez długie lata był moim prawdziwym<br>bożyszczem.<br>Pewnego dnia szliśmy razem Lesznem, na ulicy były tłumy ludzi i nagle jacyś esesowcy<br>zaczęli strzelać.<br>Tłum rzucił się do ucieczki. On też.<br>Wiesz, ja sobie w ogóle przedtem nie wyobrażałem, że on się może czegokolwiek bać.<br>A on, mój idol, uciekał.<br>Bo on był przyzwyczajony do tego, że zawsze miał broń: w podchorążówce, w Warszawie,<br>we Wrześniu, w Modlinie. Tamci mieli broń i on miał broń, więc był odważny. A kiedy stało<br>się tak, że tamci strzelali, a on nie mógł strzelać - był już innym człowiekiem.<br>Nastąpiło to właściwie bez słowa, z dnia na dzień; po prostu przestał działać. I kiedy miało<br>być pierwsze posiedzenie Komendy, on już się nie nadawał do tego, żeby tam iść. Więc ja<br>poszedłem.<br>Miał taką dziewczynę, Anię. Zabrali ją na Pawiak - później wydostała się zresztą, ale jak<br>ją zabrali, on się załamał zupełnie. Przyszedł do nas, oparł się rękami o stół i zaczął mówić,<br>że i tak jesteśmy straceni, i że nas wyrżną, że jesteśmy młodzi i powinniśmy uciekać<br>do lasu…<br>Nikt mu nie przerwał.<br>Już wyszedł - ktoś powiedział: „To dlatego, że ją zabrali. Teraz nie ma już po co żyć.<br>Teraz zginie.” Każdy musiał wtedy mieć kogoś, wokół kogo kręciło się jego życie, dla kogo<br>mógł działać. Bierność oznaczała pewną śmierć. Działanie było jedyną szansą przetrwania.<br>Trzeba było coś robić, gdzieś iść.<br>Ta krzątanina nie miała żadnego znaczenia, bo i tak wszyscy ginęli, ale człowiek<br>nie czekał na swoją kolej bezczynnie.<br>Ja krzątałem się wokół Umschlagplatzu - miałem dzięki naszym ludziom z policji<br>wyprowadzać tych, którzy byli nam najbardziej potrzebni. Jednego dnia wyciągnąłem<br>chłopaka z dziewczyną - on był z drukarni, a ona była dobrą łączniczką. Zginęli wkrótce<br>oboje, on w powstaniu, ale zdążył jeszcze wydrukować przedtem jedną gazetkę, a ona<br>na Umschlagplatzu, ale zdążyła jeszcze przedtem ją rozkolportować.<br>Jaki to miało sens, chcesz zapytać?<br>Żadnego. Nie stało się dzięki temu na beczce. To wszystko.<br>Hanna Krall, Zdążyć przed Panem Bogiem, Warszawa 1992<br>Poziom podstawowy<br>11<br>na temat nr<br>Poziom podstawowy<br>12<br>Poziom podstawowy<br>13<br>Poziom podstawowy<br>14<br>Poziom podstawowy<br>15<br>Poziom podstawowy<br>16<br>BRUDNOPIS (nie podlega ocenie)</p>","solutions":[]}